Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szwajcaria. Pokaż wszystkie posty

Prawdziwe skarby schowane są we mgle


Od pewnego czasu pokutuje opinia, że fotografować może każdy. W końcu na rynku dostępne są smartfony z wypasioną liczbą megapixeli, lustrzanki czy bezlusterkowce znajdują 13-latki pod choinką i nawet tablety wyposażone są w aparat. Do tego fotografujemy cyfrowo, więc wystarczy karta pamięci, filtr z instagrama i "photography" za nazwiskiem na facebokowym profilu. 

Mało kto zdaje sobie sprawę, że fotografowanie to ciężka praca, lata nauki, przemoczone buty i niezaliczone imprezy. To wstawanie przed wschodem słońca, godziny spędzone na nauce (nad książką czy przed filmami z youtube) oraz godziny spędzone na poszukiwaniu idealnego miejsca czy oczekiwaniu na dobre światło. To kasa wydana nowe obiektywy, wielogodzinne poszukiwania odpowiedniego filtra czy uczestnictwo w workshopach. To pasja jak każda inna, ani lepsza ani gorsza, jednak bardzo wymagająca. Postępy przychodzą powoli i czasem niezauważenie. Wena przychodzi i odchodzi czasem na dłuższy okres czasu. Zdarza się, że spędzasz kilka godzin marznąć w siąpiącym deszczu i nie przyniesiesz do domu ani jednego zdjęcia, którego nie wstydzisz się pokazać. 

Dwa razy, nie widząc postępów, byłam już bliska rezygnacji z lustrzanki, chciałam się przerzucić na coś lekkiego i bezproblemowego, czym mogłabym pstrykać podczas podróży. W ciągu ostatnich miesięcy nie potrafiłam się tak naprawdę zebrać i wyjść w plener, chociaż czasu miałam zdecydowanie więcej niż zwykle. Kilka razy udało mi się to nawet, ale nie przyniosłam do domu ANI JEDNEGO zdjęcia, które odpowiadałoby moim standardom. 

I mimo wszystko, fotografia to część mojego życia. Rodzaj sztuki, którą rozumiem i która idealnie wyraża, co mi w duszy gra. To odskocznia od codzienności, kochanka zwykłego życia, bardzo kapryśna i wymagająca... i może dlatego nie mogę się z nią rozstać.

Tak jak nie mogę rozstać się z Jeziorem Bodeńskim. Latem nad Bodeńskim toczy się całe życie. Kto nie siedzi akurat nad wodą, siedzi w krystalicznie czystej wodzie albo na wodzie, w jednej z wielu żaglówek czy motorówek. Knajpki, parki, koncerty, gry, ogniska - wszystko odbywa się właśnie tam. Z kolei zimą... zimą jest tu szaro. I smutno. I mgliście. Turyści przyjeżdżają tylko na zakupy, studenci siedzą w domu i oglądają filmy na netflixie, a gęsta mgła spowija świat, co roku, przez kilka miesięcy. I gdy kilometr od brzegu świeci pełne słońce, u nas jest po prostu szaro. Jednak żyjemy z tym, bo wiemy, że tak jak w życiu, jest czas zabawy i szaleństwa, i jest czas wyciszenia i odpoczynku. I nim się obejrzymy, znowu będziemy spędzać długie wieczory nad Bodeńskim. Zanim to nastąpi, po prostu delektujemy się mgłą. 

PS. Dzisiejsze zdjęcia powstały wczoraj, w szwajcarskim Altnau, kilka kilometrów od mojego miejsca zamieszkania. Przemarzłam na kość, zmoczyłam stopy zjeżdżając po śliskiej powierzchni do jeziora, przy czym kamerę trzymałam w dłoni, ale udało się. Przełamałam niemoc twórczą i cieszę się na kolejne dni pełne mgły. 

Motywacja czy demotywacja?





Też macie czasem wrażenie, że życie przecieka wam przez palce? Że zanim się obrócicie, będzie już po wszystkim?

Wiem, często i gęsto to ważne wydarzenie przypomina nam, jak ten świat zasuwa. U mnie to był po prostu rzut okiem na ostatni blogowy wpis. Aż zachłysnęłam się z wrażenia, widząc datę 28 kwietnia. Szok, niedowierzanie, wstyd. Bo w końcu ja przecież piszę. I fotografuję. Tylko nie dzisiaj, bo dzisiaj tyle stresu, ciężki dzień, brzydka/ładna pogoda - wybierz, co chcesz. A czas leci, blog zarasta mchem i kilogramem mułu, aparat zbiera kurz w rogu szafki, a ja nadal mówię "jutro". 


I faktycznie, stres był, ostatnie dwa lata to nie był fajny okres w moim życiu. Niesamowite jak praca może wpłynąć na wszystko. Nawet nasze zdrowie. Chyba mogłabym pisać poradniki w stylu "5 oznak, że powinieneś rzucić prace", "10 powodów, żeby rzucić wszystko i iść w pizdu", "jak pracować, a nie zwariować" - ach nie, przepraszam, to akurat nie wyszło. Na szczęście znalazłam wspaniałą powierniczkę i orędowniczkę, która wzięła mnie za rękę i przeprowadziła przez wszystkie kroki wychodzenia z koszmaru. Dzięki, Sue!


Potem przyszło lato, powoli, powoli od punktu "robię nic" przeskoczyłam do "korzystam ze słońca", żeby z mozołem dojść do stacji "szukam pracy". Nie w głowie mi teraz podróże. W głowie mi raczej podróż. Jedna, daleka, najlepiej na koniec świata. Bez biletu powrotnego. Z lubym, notatnikiem w plecaku i aparatem w łapie.


Ale na razie jestem tu. 


I jestem wbrew pozorom szczęśliwa. Doceniam schyłek lata i rzadsze już kąpiele w Bodeńskim. Cieszę się na kolejne jazdy przybliżające mnie do prawka, którego jakoś nie udało mi si jeszcze zrobić mimo trzydziechy na karku. I nawet to szukanie pracy nie jakoś specjalnie nie stresuje, bo wystarczy, że sobie przypomnę, że nie muszę chodzić tam, gdzie chodziłam ponad 2 lata i już mi się humor poprawia. Ale brakuje mi czegoś. Dokładnie masterplanu. Czegoś, do czego mogłabym dążyć, celu, którego byłabym w 100% pewna. Mam mnóstwo pomysłów, ale ze strachu, że to nie to, nie realizuje ich. Znajduję dziedziny, w których mogłabym się zacząć rozwijać i porzucam je kręcąc nosem, bo przecież to nie jest takie świetne, jak wydawało się na początku. Ptaszki ćwierkają, że nie jestem jedyna, że to przypadłość często spotykana w naszym pokoleniu. Wiadomo, dupa pełna, to się w głowie zaczyna przewracać (znacie to?). Ptaszki ćwierkają również, że wielu znalazło proste lekarstwo - macierzyństwo. Ale to przecież nie wszystko, co życie ma nam do zaoferowania?


Tessin ach Tessin, a nawet Ticino

Tekst był... i go nie będzie. 

Za dużo biadolenia, zwieszania głowy, marudzenia. 

Krytyk przeczytał i krytyk powiedział: to nie Ty!

Więc nie przeczytacie, jakie przejścia miewałam ze słonecznym szwajcarskim kantonem Ticino (niem. Tessin).

Nie przeczytacie, jak bardzo wkurzała mnie nieustająca ulewa, zimno, niewykorzystany potencjał foto i nieodbyte wędrówki.

Nie poznacie czarnej strony mocy, o nie!

Zobaczycie zdjęcia, po części z doliny Verzasca, po części z doliny Maggia. Na chwilę ukaże się Lago Maggiore i nawet stolica kantonu - Bellinzona. 

Może zachęcę Was do wyprawy na południe Szwajcarii, a może nie. 

Może zamarzy Wam się polenta i gnocchi w jednej z tessinskich grotti, kto wie.

Oglądajcie, delektujcie się i dajcie znać, jak smakowało!



Zimowe Bodeńskie


WSTĘP


Ah i oh, cóż to był za dupny rok! 
Nieodbyte podróże, niezrealizowane postanowienia i poczucie, że moje życie odbywa się w pociągu. 
2016 może być tylko lepszy, zwłaszcza, że lutowe bilety na Zanzibar zabukowane (zobaczę Ocean Indyjski, juhuuu), a poziom wkurwa na obecną pracę osiągnął apogeum, więc to tylko kwestia czasu.
Już chłodzę szampana na dzień, w którym powiem: odchodzę!

I tak, chciałabym życzyć i sobie i Wam, żeby ten rok był lepszy, piękniejszy, zdrowszy. Pełen sukcesów i ekscytacji, nowych odkryć i starych przyjaźni. 


RORSCHACH


Długie naświetlenie to mało wdzięczne zajęcie. Najlepiej wybrać się samemu, gdyż bankowo spędzimy kilka godzin w jednym miejscu, nieznacznie tylko zmieniając pozycję. Będzie raczej zimno, bo tak jest w naszym klimacie przez większą część roku i czasem frustrująco, bo może się zdarzyć, że ani jedne zdjęcie nie nada się do publikacji.
A mimo tego, uwielbiam te zabawy. Kocham czekać na słońce, które przebije się na moment przez chmury, kocham gonitwy tychże po nieboskłonie. I kocham Bodeńskie, które o każdej porze roku jest niezastąpionym modelem.

Tym razem wybrałam się do Rorschach, niewielkiego szwajcarskiego miasteczka, położonego nad samym Bodeńskim, w pobliżu austriackiej granicy.

Głownym motywem jest będący nadal w użyciu domek kąpielowy. W środku znajdziecie przebieralnie, restaurację, kącik zabaw dla dzieci, leżaki oraz drabinki dla pływaków. Świetny, a do tego bardzo fotogeniczny obiekt.
Możliwe, że rzucą Wam się w oczy porozrzucane na wodzie platformy - to wyspy na pływajacych, które znajdziemy w wielu miejscach nad Bodeńskim. Może na nich wyśmienicie odpocząć, poopalać się albo z ich skakać.
(Ja tu o opalaniu i pływaniu? W styczniu? Sama się zdziwiłam, ale taki mamy klimat. Uwierzcie, że chętniej bym opisała teraz jeżdżących na łyżwach po zamarźniętym Bodeńskim.)



Jarmark Bożonarodzeniowy w Zurychu


 Jeśli planujesz coś miesiącami, łatwo się rozczarować. Jeśli nic nie oczekujesz, radość jest ogromna, gdy przydarzy się coś fajnego. Czasem szczęściu trzeba trochę pomóc, zmienić trasę spaceru, zadzwonić do dawno niesłyszanych znajomych albo... zabrać do pracy aparat zamiast obiadu.

Mówią, że nie ma ludzi niefotogenicznych, a to jak wychodzisz na zdjęciach zależy od tego, czy fotograf cię lubi (a lubić bądź nie lubić można również od pierwszego wejrzenia!). Chyba coś w tym jest. Zdarzało mi się widzieć "dzieła" bardzo sfrustrowanych fotografów ślubnych... chociaż po co szukać tak daleko? Philippa ciotka ma całe albumy pełne kompromitujących zdjęć jej sióstr oraz ich rodzin. Założę się, że ogląda je co wieczór z morderczą satysfakcja wykutą na twarzy. Twarzy nieskażonej... ale zostawmy to!

Mnie cieszą zdjęcia pokazujące to, co w innych najlepsze. Kropka.

Ale ja nie o tym chciałam. Chciałam o pięknie.

Bardzo lubię poniższe zdjęcia. Sesji nie planowałyśmy wcale, ale tak się złożyło, że miałam aparat w pracy i obie nie wiedziałyśmy, co zrobić z godzinną przerwą obiadową. Wyruszyłyśmy nad Jezioro Zuryskie, na jeden z kilku jarmarków bożonarodzeniowych odbywających się w tym mieście.

Nad jeziorem, pod samą operą, możecie zjeść wędzonego łososia czy standardowe raclette, pojeździć na łyżwach, wypić grzańca... i robić zdjęcia!
Chociaż w samo południe aparat zazwyczaj powinnien zostać w torbie jeszcze na kilka godzin, grudniowe światło jest łaskawsze. Słońce jest już niżej, światło jest bardziej miękkie niż o tej porze latem, a cienie nie są aż tak głębokie. No tak, słońce! Nie było go, gdy wychodziłyśmy z pracy, na szczęście wyszło, gdy dotarłyśmy na miejsce. Jak na zamówienie!



Lugano – galeria zdjęć odrzuconych


Widzę, że Lugano się spodobało (nie dziwię się wcale), dlatego pokazuję kilka, odrzuconych wcześniej, zdjęć.  Bo chociaż pogoda była nie taka, i czasu nie miałam za wiele, i obiektyw też zły ze sobą zabrałam… to lubię te zdjęcia i szkoda by było, gdyby zniknęły w czeluściach twardych dysków. Dlatego bez zbędnego gadania: pierwsze trzy zdjęcia przedstawiają hotel/hostel Montarinę (polecam! Sale wieloosobowe i basen ;)), reszta to zbiór migawek. Tu znajdziecie pierwszy, pełnowymiarowy wpis o Lugano.

A jeśli marzy Wam się Lugano i okolice (piękny kanton Ticino), rozejrzyjcie się za tanimi biletami do włoskiego Bergamo. Stamtąd już tylko półtorej godziny do raju (paszport niepotrzebny) ;)

Lugano – perła południowej Szwajcarii

Największa zaleta Szwajcarii? Większość mieszkańców stwierdziłaby najprawdopodobniej: wysoka jakość życia i bliskość natury.  Z kolei osoby będące przejazdem kochają ja przede wszystkim za niesamowite krajobrazy. Z samiutkiej północy na południe dojedziemy (pociągiem!) w trochę ponad 4 godziny, czyli teoretycznie w jeden dzień możemy wykąpać się w Bodeńskim i takim na przykład Lago Maggiore. Albo leżącym obok Lago Maggiore Lago di Lugano. A miedzy kąpielami zaliczyć jeszcze jakiś górski trekking.
My z północy chętnie opowiadamy o śródziemnomorskim klimacie panującym nad Jeziorem Bodeńskim (nawet, jeśli ten klimat panuje przede wszystkim w naszych sercach).  Południu trzeba przyznać, że oni ten klimat naprawdę mają.  Okazałe palmy w każdym ogródku, egzotyczne kwiaty, które przetrwają tylko w cieplejszych klimatach oraz powiew włoskiego „dolce far niente”. Bo Lugano to takie małe Włochy. Leżą kawałeczek od włoskiej granicy, we włoskojęzycznym kantonie Ticino (my z północy mówimy Tessin). I może niezłym pomysłem byłoby odwiedzenie południowej Szwajcarii podczas pobytu we Włoszech? Jeśli zatrzymacie się w takim Cannobio nad Lago Maggiore (tam moja mała siostra zostawiła serce i jeszcze nie miała okazji odebrać), w kilka minut dostaniecie się do szwajcarskiego Locarno nad tym samym jeziorem bądź właśnie do Lugano nad jeziorem Lugano. Powód? Szwajcarskie ceny oczywiście. Jeśli jednak będziecie chcieli zatrzymać się w samym Lugano, zaraz obok dworca kolejowego znajduje się jednogwiazdkowy (!) hotel/hostel Montarina. Zwykłe pokoje lub sale wieloosobowe, pokaźny basen na świeżym powietrzu, piękne budynki i piękne otoczenie. Polecam z całego serca, może w którymś kolejnym wpisie pokażę jeszcze kilka zdjęć? A jeśli chcecie zobaczyć to teraz, zajrzyjcie do wujka gugla.
Do Lugano dotarłam w piątek wieczorem. Po pracy w Zurychu wsiadłam do pociągu i po niecałych 3 godzinach wylądowałem wśród palm. Pierwszy posiłek? Ogromny kawał gorącej margarity zakupiony zaraz w kiosku przy dworcu – od razu widać, że Włochy niedaleko. Samo Lugano położone jest na wzgórzach otaczających jezioro o tej samej nazwie. Bardzo te wzgórza praktyczne, dzięki nim wiele mieszkańców może pochwalić się fantastycznym widokiem z okna. Wzgórza oznaczają jeszcze coś: zawsze mamy albo pod górkę, albo z górki, ale akurat w Szwajcarii nie jest to niczym specjalnym. Problemem jest tylko, że uliczki chętnie kończą się w najmniej oczekiwanych miejscach, a zejście ze wzgórz w stronę wody jest nagle zablokowane przez prywatne domy czy garaże. I wtedy musimy iść znowu do góry i szukać kolejnego zejścia. Najlepiej chyba dać się poprowadzić miejscowemu albo przynajmniej najpierw zajrzeć do mapy ;).
Lugano odwiedziłam bardzo spontanicznie, dopiero w piątek bukowałam łóżko, a już w sobotę o 14 czekała na mnie impreza urodzinowa nad Bodeńskim. Uparłam się jednak, że do Lugano w końcu dotrę (nie tylko przejazdem). Pojechałam sama, by skoncentrować się na zdjęciach. Zamarzyła mi się piękna złota godzina wieczorem i druga, tuż po wschodzie słońca. Jednak wszyscy chyba już wiemy, ze marzenia marzeniami, plany planami, a życie swoje? Ale i tak było świetnie! A jak siedziałam na dworcu czekając na pociąg powrotny… to nawet wyszło słońce ;)
Do Lugano pojechałam pociągiem, w końcu strasznie drogi bilet roczny (abonament generalny) na większość szwajcarskich środków  transportu zobowiązuje. Śniadanie zjadłam w kolejce do Ponte Tresa na włoskiej granicy i dlatego stamtąd tez jest kilka zdjęć. Zdjęć miało być właściwie o wiele więcej. Najpierw wybrałam 90. Potem 70. W końcu zredukowałam do 39 i wtedy przyszły nożyczki w osobie osobistego, domowego dyrektora artystycznego. Ciął bez litości, ale chyba z korzyścią dla wszystkich. Na szczęście pozwolił mi na wrzucenie kolejnego wpisu z wyrzutkami, co też na pewno zrobię.

PS. Konkurs tylko do 21.06.!

 

Lugano




Kreuzlingen - Szwajcaria w pigułce


Jak patrzycie na miejsce, w którym mieszkacie? Potraficie zauważyć coraz to nowe detale, zachwycić się czymś, co widzicie na co dzień? Markizą, pod którą chowacie się przed deszczem? Drzewem, które dostarcza regularnej pożywki dla Waszej alergii? Ławką, na której czekacie na notorycznie się spóźniającą koleżankę?

Często patrzymy na to, co mnie otacza bardzo „użytkowo”. Dach ma chronić przed deszczem czy słońcem, droga prowadzić do celu, a rośliny nie powinny za bardzo pylić. A cała okolica ma być taka, jaka jest. Ma mnie odprężać, oferować dużo zieleni i wodę w zasięgu wzroku. Albo w niewielkim oddaleniu, tak bym mogła w każdej chwili móc wyskoczyć nad Ren czy nad Bodeńskie.

Jednocześnie uwielbiam odwiedzać nowe miejsca i odkrywać nieznane. Kilkugodzinny spacer po mieście i historia gotowa. W mojej głowie, na papierze i na zdjęciach. Te domowe historie są trudniejsze. Bo w końcu takie znane i najzupełniej normalne. I takie strasznie przewidywalne, bo to wszystko jest przecież „normalne”. Wystarczy jednak zarezerwować sobie kilka godzin, zabrać aparat i wyobrazić, że znowu widzimy te miejsca po raz pierwszy. Postawić sobie pytanie, co nas zaskakuje? Co zaskoczy czytelników (bo w końcu każdy blogowy projekt powstaje też z myślą o Was)? Co jest fajne, interesujące, warte uwiecznienia? Trudne to zadanie, szwendać się po całym dniu pracy, gdy w domu czeka sterta prania do prasowania, a i jakaś kolacja by się przydała, nie wspominając już o odkurzaniu. Trudno wyłączyć myślenie o obowiązkach, o budziku, który zadzwoni jutro o szóstej i o tym, ze przecież mamy dopiero poniedziałek. Ale da się!

Robię tak od czasu do czasu. W Zurychu po pracy, zamiast biec na pociąg, by udać się w codzienną podróż. I w moim nadbodeńskim Kreuzlingen, które znam na wylot i kocham. Robię tak, by moc zapisać tę miłość złotymi zgłoskami. Na wieki wieków.

Tym razem postanowiłam trochę skomplikować sprawę. Zaprezentować najbliższą okolicę (pod samym domem!), szukając jakiegoś wzoru, jakiś prawidłowości, używając tylko jednej ogniskowej. Wybrałam 50mm, obiektyw używany przede wszystkim do portretów, i wyszłam z domu. Tak, jak zazwyczaj problemem jest, że znajdujemy się za daleko od fotografowanego obiektu, tym razem było zupełnie na odwrót. Zawsze byłam za blisko. Dlatego musiałam świadomie wybierać kadry. Zdecydować, czy chcę pokazać konkretny detal, a może cały budynek? A może ulice? Czy jest sens zmieniania pozycji? Albo po prostu powinnam iść dalej, bo kadr jednak nie był tak interesujący, jak na początku myślałam?

Poniżej znajdziecie kilka szwajcarskich podstaw architektoniczno-mieszkalno-życiowych. To nie wszystkie i na resztę też przyjdzie jeszcze pora, ale od czegoś trzeba w końcu zacząć.

PS. Wygraj książki

1. Szwajcarzy uwielbiają kolor czerwony








2. Ale miłością głęboką i dozgonną darzą kolor... niebieski


Po bułki do Zurychu



Zastanwialiście się jak to jest, podróżować całe życie? A może nie całe życie, ale przynajmniej rok, dwa, trochę więcej?

Ja się zastanawiałam, nie raz i nie dwa, i w końcu słowo stało się ciałem, ale chyba inaczej sobie to wszystko wyobrażałam. Od roku (rok i 1 miesiąc!) dojeżdżam do pracy do Zurychu. Łącznie 4 godziny, jeśli zliczyć do kupy jazdę pociągiem, autobusami i tramwajem. Dziennie. Zarabiać na chleb. I bułeczki!

Nie zliczę przeczytanych książek, podróżnych znajomości i nieznajomości (ale po takim czasie, to jak znajomości), widoków zapamiętanych i godzin spędzonych na dyskretnych próbach zamykania buzi i nieślinienia się podczas porannego dosypiania.

A pomyśleć, że czasem nie chce się w wolny dzień ruszyć za miasto. Bo za daleko, za długo i bez sensu. Eh, zaprawiam się w bojach i nic już mi nie groźne ;)

A dla Was mam opowieści z drogi, które tylko czekają, żeby się wyrwać. Ale to chyba jeszcze nie ich chwila. Jeszcze jest czas.

Dzisiaj niech przemówią zdjęcia. Zdjęcia piątkowe, marcowe, z dwóch różnych spacerów (raz bez statywu, raz zzzz). Bo piątek to taki dzień, kiedy wieczorem już nic nie muszę. Nie muszę się spieszyć do domu, bo trzeba spać. Regenerować. Odpoczywać. W piątek wieczorem można najwyżej spieszyć się na imprezę. A jeśli imprezy nie ma w planie (ani romantycznego wieczoru we dwójkę), biorę aparat i zostaję trochę dłużej w tej nieoficjalnej stolicy Szwajcarii.



























Nigdy nie lubiłam ludzi


Fotografować! 

Nigdy też tego nie próbowałam. 

Mam jednak to szczęście, że pracuję z wieloma utalentowanymi osobami i jedna z nich zaprosiła mnie, żebym dołączyła w drugiej części sesji, którą organizowała. Chociaż nie miałam dużo czasu (dziewczyny już kończyły, gdy dotarłam, więc nawet na ustawianie aparatu nie było dużo czasu) i nie miałam modelki dla siebie (robiłam zdjęcia z boku, próbując nie wchodzić w kadr), to dostałam prezent lepszy niż urodzinowy: modelkę, makijażystkę i gotowe kulisy. 

I chociaż ani zdjęcia, ani obróbka nie jest perfekcyjna... to jest mój pierwszy raz. I zasłużył sobie na miejsce na blogu! 

A ja i tak go lubię.

I dzięki niemu mogę powiedzieć: lubię ludzi!

PS. Podziękowania dla: Helen, Michaeli i Andrei







 




A w piątkową, księżycową noc...


...życzę wam pięknych, spokojnych snów. A jak byliście naprawdę grzeczni, to może nawet wam się Bodeńskie przyśni?


Nadbodeńskie zimowe klimaty


Mówią, że internauci nie czytają. Że skanują, przelatują, przeskakują i lecą dalej. Możliwe. Ale po czyjej stronie leży wina? Po tych, którzy piszą banialuki i zapełniają internet tryliardem literek na sekundę czy po tych, którzy nie chcą tracić własnego czasu na czytanie tych banialuków?

Trudne pytanie, czyż nie? 

Dlatego ja powiem od razu: dzisiaj chciałam pokazać wam Bodeńskie. Bez banialuków, bez naciąganych historii, żeby tylko jakieś były, po prostu kilka zdjęć, które pozwolą złapać oddech. Mimo że szare, zimowe, to... lubię je. Zobaczycie miejsca niedaleko od mojego szwajcarskiego domu: Berlingen, Steckborn i Stein am Rhein (Kamień nad Renem). Miłośnicy fotografii znajdą tu odpowiedź na pytanie, co robi filtr polaryzacyjny. Miłośnicy szarości znajdą tu więcej niż jej 50 odmian. Miłośnicy Bodeńskiego znajdą... zgadnijcie! 

Miłego ogladania i komentowania!

A jeśli chcecie obejrzeć feerię barw wieczornego Bodeńskiego (tak, nawet zimą to możliwe), zajrzyjcie tutaj: Zima nad Bodeńskim