Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ticino. Pokaż wszystkie posty

Tessin ach Tessin, a nawet Ticino

Tekst był... i go nie będzie. 

Za dużo biadolenia, zwieszania głowy, marudzenia. 

Krytyk przeczytał i krytyk powiedział: to nie Ty!

Więc nie przeczytacie, jakie przejścia miewałam ze słonecznym szwajcarskim kantonem Ticino (niem. Tessin).

Nie przeczytacie, jak bardzo wkurzała mnie nieustająca ulewa, zimno, niewykorzystany potencjał foto i nieodbyte wędrówki.

Nie poznacie czarnej strony mocy, o nie!

Zobaczycie zdjęcia, po części z doliny Verzasca, po części z doliny Maggia. Na chwilę ukaże się Lago Maggiore i nawet stolica kantonu - Bellinzona. 

Może zachęcę Was do wyprawy na południe Szwajcarii, a może nie. 

Może zamarzy Wam się polenta i gnocchi w jednej z tessinskich grotti, kto wie.

Oglądajcie, delektujcie się i dajcie znać, jak smakowało!



Lugano – galeria zdjęć odrzuconych


Widzę, że Lugano się spodobało (nie dziwię się wcale), dlatego pokazuję kilka, odrzuconych wcześniej, zdjęć.  Bo chociaż pogoda była nie taka, i czasu nie miałam za wiele, i obiektyw też zły ze sobą zabrałam… to lubię te zdjęcia i szkoda by było, gdyby zniknęły w czeluściach twardych dysków. Dlatego bez zbędnego gadania: pierwsze trzy zdjęcia przedstawiają hotel/hostel Montarinę (polecam! Sale wieloosobowe i basen ;)), reszta to zbiór migawek. Tu znajdziecie pierwszy, pełnowymiarowy wpis o Lugano.

A jeśli marzy Wam się Lugano i okolice (piękny kanton Ticino), rozejrzyjcie się za tanimi biletami do włoskiego Bergamo. Stamtąd już tylko półtorej godziny do raju (paszport niepotrzebny) ;)

Lugano – perła południowej Szwajcarii

Największa zaleta Szwajcarii? Większość mieszkańców stwierdziłaby najprawdopodobniej: wysoka jakość życia i bliskość natury.  Z kolei osoby będące przejazdem kochają ja przede wszystkim za niesamowite krajobrazy. Z samiutkiej północy na południe dojedziemy (pociągiem!) w trochę ponad 4 godziny, czyli teoretycznie w jeden dzień możemy wykąpać się w Bodeńskim i takim na przykład Lago Maggiore. Albo leżącym obok Lago Maggiore Lago di Lugano. A miedzy kąpielami zaliczyć jeszcze jakiś górski trekking.
My z północy chętnie opowiadamy o śródziemnomorskim klimacie panującym nad Jeziorem Bodeńskim (nawet, jeśli ten klimat panuje przede wszystkim w naszych sercach).  Południu trzeba przyznać, że oni ten klimat naprawdę mają.  Okazałe palmy w każdym ogródku, egzotyczne kwiaty, które przetrwają tylko w cieplejszych klimatach oraz powiew włoskiego „dolce far niente”. Bo Lugano to takie małe Włochy. Leżą kawałeczek od włoskiej granicy, we włoskojęzycznym kantonie Ticino (my z północy mówimy Tessin). I może niezłym pomysłem byłoby odwiedzenie południowej Szwajcarii podczas pobytu we Włoszech? Jeśli zatrzymacie się w takim Cannobio nad Lago Maggiore (tam moja mała siostra zostawiła serce i jeszcze nie miała okazji odebrać), w kilka minut dostaniecie się do szwajcarskiego Locarno nad tym samym jeziorem bądź właśnie do Lugano nad jeziorem Lugano. Powód? Szwajcarskie ceny oczywiście. Jeśli jednak będziecie chcieli zatrzymać się w samym Lugano, zaraz obok dworca kolejowego znajduje się jednogwiazdkowy (!) hotel/hostel Montarina. Zwykłe pokoje lub sale wieloosobowe, pokaźny basen na świeżym powietrzu, piękne budynki i piękne otoczenie. Polecam z całego serca, może w którymś kolejnym wpisie pokażę jeszcze kilka zdjęć? A jeśli chcecie zobaczyć to teraz, zajrzyjcie do wujka gugla.
Do Lugano dotarłam w piątek wieczorem. Po pracy w Zurychu wsiadłam do pociągu i po niecałych 3 godzinach wylądowałem wśród palm. Pierwszy posiłek? Ogromny kawał gorącej margarity zakupiony zaraz w kiosku przy dworcu – od razu widać, że Włochy niedaleko. Samo Lugano położone jest na wzgórzach otaczających jezioro o tej samej nazwie. Bardzo te wzgórza praktyczne, dzięki nim wiele mieszkańców może pochwalić się fantastycznym widokiem z okna. Wzgórza oznaczają jeszcze coś: zawsze mamy albo pod górkę, albo z górki, ale akurat w Szwajcarii nie jest to niczym specjalnym. Problemem jest tylko, że uliczki chętnie kończą się w najmniej oczekiwanych miejscach, a zejście ze wzgórz w stronę wody jest nagle zablokowane przez prywatne domy czy garaże. I wtedy musimy iść znowu do góry i szukać kolejnego zejścia. Najlepiej chyba dać się poprowadzić miejscowemu albo przynajmniej najpierw zajrzeć do mapy ;).
Lugano odwiedziłam bardzo spontanicznie, dopiero w piątek bukowałam łóżko, a już w sobotę o 14 czekała na mnie impreza urodzinowa nad Bodeńskim. Uparłam się jednak, że do Lugano w końcu dotrę (nie tylko przejazdem). Pojechałam sama, by skoncentrować się na zdjęciach. Zamarzyła mi się piękna złota godzina wieczorem i druga, tuż po wschodzie słońca. Jednak wszyscy chyba już wiemy, ze marzenia marzeniami, plany planami, a życie swoje? Ale i tak było świetnie! A jak siedziałam na dworcu czekając na pociąg powrotny… to nawet wyszło słońce ;)
Do Lugano pojechałam pociągiem, w końcu strasznie drogi bilet roczny (abonament generalny) na większość szwajcarskich środków  transportu zobowiązuje. Śniadanie zjadłam w kolejce do Ponte Tresa na włoskiej granicy i dlatego stamtąd tez jest kilka zdjęć. Zdjęć miało być właściwie o wiele więcej. Najpierw wybrałam 90. Potem 70. W końcu zredukowałam do 39 i wtedy przyszły nożyczki w osobie osobistego, domowego dyrektora artystycznego. Ciął bez litości, ale chyba z korzyścią dla wszystkich. Na szczęście pozwolił mi na wrzucenie kolejnego wpisu z wyrzutkami, co też na pewno zrobię.

PS. Konkurs tylko do 21.06.!

 

Lugano