Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Boże Narodzenie. Pokaż wszystkie posty

Stuttgart vs. Esslingen - jarmark roku?


Grom, błyskawica! Stań się, stało. Matka dziewica, Bóg ciało. - Adam Mickiewicz



Kochani, mam nadzieję, że wasze Święta mijają w spokojnej, rodzinnej atmosferze, że Mikołaj/Gwiazdor/Christkind nie okazał się być skąpcem i że żadna ość nie zepsuła wam radości z wigilijnego karpia. My Wigilię przeżyliśmy, Philipp zakochał się w rybie po grecku, znowu pokręcił nosem na barszcz i standardowo obżarł sałatką oraz pierogami z kapustą i grzybami. Teraz w piekarniku siedzi świąteczna gęś (mamy dopiero 20:30, więc zdążymy na kolację), a ja zabieram się za relację z ostatniego weekendu - wizyty w Stuttgarcie i Esslingen. Mam ogromną nadzieję, że jutro po przebudzeniu nie polecicie do lodówki (no ile można jeść?), tylko usiądziecie do komputera, aby przeczytać moją relację ;)

Stuttgart odwiedziliśmy na zaproszenie (wygrane!) niemieckiego ministerstwa turystyki, które chce promować niemieckie miasta w Szwajcarii. Stuttgart nie zachwycił nas w pierwszej chwili. Centrum miasta wygląda raczej smutno i betonowo (85% miasta zostało zmiszczone w trakcie 2 wojny światowej), dlatego pod wzgledem architektury (ale też położenia) nie może się równać z Konstanz, które w trakcie wojny nie poniosło żadnych szkód ze względu na bezpośrednie położenie obok Szwajcarii. Dopiero autobusowa wycieczka po dalszych dzielnicach miasta ukazała jego dobre strony i interesujące dzielnice. Na szczęście ;) Jeśli chodzi o kulinaria, w Stuttgarcie króluje szwabska kuchnia, czyli Maultaschen (coś jak nasze pierogi) podawane z sałatką ziemniaczaną, Zwiebelrostbraten (pieczeń wołowa z pysznym sosem i prażoną cebulą), Käsespätzle (kluchy z serem ;)) oraz soczewica z kiełbaską i kluchami. Czyli jednym słowem kuchnia drwala, pyszna i sycąca. Aaaale nie o jedzeniu ja chciałam. Stuttgart zaczarował mnie jarmarkiem bożonarodzeniowym. Gdybym dostała grosika za każde usłyszane: "eee, ten w Stuttgarcie jest do dupy" mogłabym sobie już fajne nauszniki kupić. Naprawdę nie wiem, o co chodzi, chyba działa jakieś lobby, które głównym zadaniem jest obrzydzenie wszystkim wkoło stuttgardzkiego jarmarku. A on jest czarujący! Każda budka jest bogato zdobiona, a dachy opowiadają własne historie. Jest Święty Mikołaj, są jego pomocnicy, znajdą się również renifery i oczywiście setki światełek. Sprzedawane są tradycyjne rudawskie wyroby (Erzgebirge - w Saksonii) oraz lokalne, wspomniane już wyżej potrawy. Szwabi, w przeciwnieństwie do badeńczyków, raczących się gorącym winem z  migdałowym Amaretto, do swojego grzańca dodają jabłkowego Calvadosa. Na każdym kroku spotykałam też osobników z kuflem piwa, czego nie uświadczyłam jeszcze ani nigdzie w Szwajcarii, ani nad Bodeńskich. Wychodziłoby na to, że w Szwabach płynie gorąca krew i chyba to się sprawdza. Nie mają w sobie nic a nic z takiej pewnej książętowatości badeńczyków, są niesamowicie otwarci i przyjaźni. Tylko po niemiecku nie umiejo ;)
Aaaale, miało być o jarmarku. Polubiłam go od pierwszej chwili! Z jego karuzelami, hałaśliwą ciufcią, lodowiskiem, które tworzy niesamowity klimat. Z chętnymi do pomocy ludźmi i zabawnymi dekoracjami. Nie ma strasznych tłumów, ale jest głośno, radośnie, pachnie pierniczkami (dla zmylenia chyba zwanymi Magenbrot - chleb żołądkowy ;)) i drażni nozdrza grzanym winem. 

A Esslingen? Chyba padł ofiarą z jednej strony mojego poimprezowego zmęczenia, z drugiej strony zbyt wielkich oczekiwań. Bo jeśli na każdym kroku słyszymy: "Musicie koniecznie do Esslingen", to ignorujemy to, że moje stopy grożą odpadnięciem i lecimy na złamanie karku, żeby też móc się zachwycić. A tam... No jarmark. Bożonarodzeniowy i większy, średniowieczny. Tłumy, tłumy, tłumy. Piękna architektura, ale architekturę mamy przecież w Konstanz...I nawet aparat się obraził i nie chciał robić udanych zdjęć (no dobra, w ten weekend wróciłam do starego obiektywu, bo "lekki" i teraz żałuję, nigdy więcej!). Najpiękniejszym momentem dnia był ten, w którym padłam na hotelowe łóżko i mogłam zabrać się za rozmasowywanie obolałych stóp (P. się tu do niczego nie przydał) i późniejsza wizyta w saunie, a raczej saunach. Cudnie!
Tak sobie myślę, że może i dobrze się stało. W końcu cały świat kocha jarmark w Esslingen, a ja kocham ten w Stuttgarcie. Inaczej może byłoby mu smutno? 

Zapraszam do obejrzenia zdjęć!

STUTTGART


Jarmark Bożonarodzieniowy w Stuttgarcie

Jarmark Bożonarodzieniowy w Stuttgarcie

Jarmark Bożonarodzieniowy w Stuttgarcie

Jarmark Bożonarodzieniowy w Stuttgarcie

Jarmark Bożonarodzieniowy w Stuttgarcie

Jarmark Bożonarodzieniowy w Stuttgarcie

Jarmark Bożonarodzieniowy w Stuttgarcie

Jarmark Bożonarodzieniowy w Stuttgarcie

Jarmark Bożonarodzieniowy w Stuttgarcie

Jarmark Bożonarodzieniowy w Stuttgarcie

Jarmark Bożonarodzieniowy w Stuttgarcie

Jarmark Bożonarodzieniowy w Stuttgarcie

Widok na Stuttgart

Widok na Stuttgart

Widok na Stuttgart

ESSLINGEN


Jarmark Bożonarodzeniowy w Esslingen

Jarmark Bożonarodzeniowy w Esslingen

Jarmark Bożonarodzeniowy w Esslingen

Jarmark Bożonarodzeniowy w Esslingen

Jarmark Bożonarodzeniowy w Esslingen

Arcotel Camino
Nasz hotel

Jarmark Bożonarodzeniowy w Zurychu



Cieszył się wędrówką do nieznanych miejsc, oglądaniem nieznanych rzek, a trudy wynagradzała mu pasja poznania. 
- Owidiusz


Jeśli światowa ekonomia mogłaby wybrać swoją kwaterę główną, zamknęłaby się w jednym z bunkrów Szwajcarii. Jeśli miałaby wysłać dwójkę swoich dzieci: marketing i finanse na nauki do miasta, bez wątpienia wybrałaby Zurych. 


Zurych to niewielkie miasto w północnej części Szwajcarii, w którym rekiny światowej finansjery czują się jak w domu. Ulice są pełne poważnie wyglądających panów z teczką i pań w idealnie skrojonych garsonkach, pędzących gdzieś bez oglądania się za siebie. Właśnie opuścili szklane biura i pędzą, żeby zdążyć jeszcze wydać ciężko zarobione pieniądze, na chwilę przed zamknięciem sklepów. Sklepów, które przebijają się nawzajem, jeśli chodzi o rozmach świątecznych dekoracji. 

Wszystko skrzy, błyszczy, świeci. Na ulicach wiszą tysiące światełek i stoją piękne, żywe choinki, ozdobione kolorowymi bombkami. Ta feria barw i świateł pozwala szybko zapomnieć, że zimą chodzi przede wszystkim o śnieg. Po 10 minutach spędzonych w Zurychu również powiecie, że zimą chodzi o to, by świeciło, błyszczało i skrzyło. Nic więcej!

A z innej beczki... Kochany Mikusiu, jeśli mogę sobie zażyczyć jeden, jedyny prezent na Święta, to proooooszę spraw, żebym nazywała się Pani Swarovska i była autorką tego przegenialnego chwytu reklamowego, jakim jest stojąca co roku na dwórcu głównym, choinka ozdobiona tylko i wyłącznie kryształami Swarovskiego. Proooszę!

Choinka stoi w sercu dworca, w hali, która pod koniec listopada zamienia się w bożonarodzeniowa krainę, czyli Weihnachtsmarkt. Choinka błyszczy kolorami tęczy, gdy światło odbija się w kryształach. Jest to widok wprost hipnotyzujący. (Niestety zdjęcia, oprócz może dwóch, nie oddają tego efektu, ale tak to jest, jak znajomi nie rozumieją naszej pasji ;)). Nie przesadzę chyba, jeśli stwierdzę, że choinka ta jest zimowym symbolem Zurychu. Przekłada się to oczywiście na prosty fakt, że większość (no dobra, wielu) mieszkańców Zurychu bądź okolic pod domową choinką znajdzie choćby drobiazg sygnowany nazwiskiem Swarovski. Zatroszczy się o to niewielka budka stojąca w pobliżu oraz duży sklep firmowy, który widzimy od razu po wyjściu z dworca. 

Po wyjściu z dworca, ha! Tylko jak wyjść, jak wszystko błyszczy, pachnie (pamiętacie? ser raclette=skarpetki) i zachęca do pozostania? Na zewnątrz jest przecież zimno, brzydko i nie ma choinki... Jeśli jednak komuś się to uda, przekona się szybko, że dokonał właściwej decyzji. Co rusz trafi na mini-jarmarki, kuszące grzańcem i naleśnikami - crepes, ze wszystkimi możliwymi dodatkami. Zachwyci się pięknymi światecznymi dekoracjami w witrynach eleganckich sklepów przy Bahnhofstrasse (Ulica Dworcowa - najdroższa ulica Zurychu) albo posłucha chórzystów "śpiewającej choinki" (niestety na moim zdjęciu na choince jest tylko jeden jedyny elf, spóźniłyśmy się na występ...). A potem wróci do domu i stwierdzi: ooo, nie było śniegu, nawet tego nie zauważyłem ;)

Kochani, teraz prywata! Tylko do 22 grudnia możecie wysłać jedno, jedyne zdjęcie plaży i wygrać pyszne szwajcarskie czekolady. Spróbujcie nie zapomnieć, bo ja już w czwartek wyjeżdżam do Stuttgartu (żeby w ostatni weekend przed Świętami się  porządnie zrelaksować ;) i zdobyć materiał na kolejne wpisy). A jutro zabieram się za lepienie pierogów... Mniam!
PS. Nie przepracujcie się za bardzo, pozwólcie sobie na trochę odpoczynku i kosztowanie świątecznej atmosfery, buźka!

Jarmark Bożonarodzeniowy w Zurychu

Jarmark Bożonarodzeniowy w Zurychu

Jarmark Bożonarodzeniowy w Zurychu

Jarmark Bożonarodzeniowy w Zurychu

Jarmark Bożonarodzeniowy w Zurychu

Jarmark Bożonarodzeniowy w Zurychu

Jarmark Bożonarodzeniowy w Zurychu

Jarmark Bożonarodzeniowy w Zurychu

Jarmark Bożonarodzeniowy w Zurychu

Jarmark Bożonarodzeniowy w Zurychu

Jarmark Bożonarodzeniowy w Zurychu

Jarmark Bożonarodzeniowy w Zurychu

Jarmark Bożonarodzeniowy w Zurychu

Jarmark Bożonarodzeniowy w Zurychu

Jarmark Bożonarodzeniowy w Zurychu

Jarmark Bożonarodzeniowy w Zurychu

Jarmark Bożonarodzeniowy w Zurychu

Jarmark Bożonarodzeniowy w Zurychu

Jarmark Bożonarodzeniowy w Zurychu

Jarmark Bożonarodzeniowy w Konstanz



Zro­zumieli, że ideal­ny świat jest podróżą, nie miejscem. - Terry Pratchett


Niemcy to kraj, w którym narodziły się jarmarki bożonarodzeniowe. Ich długoletnia tradycja sprawiła, iż już w połowie października powoli zaczynamy przebierać nogami i czekać na rozbłyśnięcie pierwszych światełek. Bowiem rozpoczynające się pod koniec listopada jarmarki przecudnie rozpraszają zimowy mrok i ściągają do centrum miasta całe rodziny i grupy przyjaciół. Nie inaczej jest w Konstanz, dlatego panie i panowie, zapraszam do... grzańca!

Jarmark Bożonarodzeniowy to miejsce, w którym rozpoczynają się lub kończą wszelkie spotkania towarzyskie. Wyjście do kina, na kolację czy wieczorny poker - wszystko to jest pretekstem, żeby choć na chwilę wyskoczyć "do miasta". I nie, wcale nie po to, żeby się pokazać. Raczej po to, żeby naładować akumulatory, ucieszyć oko świątecznymi widokami, a gardło wszelkiego rodzaju ciepłymi napitkami. Żeby przypadkiem wpaść na dawno niewidzianą znajomą czy współpracownika, z którym zwykle nie zamienia się zbyt wielu słów. 

I to jest istota jarmarków, a ja muszę przyznać, że początkowo jej nie rozumiałam... Pierwsze odwiedziny na konstanckim Weihnachtsmarkt potraktowałam zadaniowo: chcę zobaczyć, dotknąć, zbadać. I co tu dużo mówić: rozczarowałam się. A bo śniegu brak, a bo zimno, a bo sprzedają jakieś kapcie i czapki, a nie tradycyjne, piękne ozdoby choinkowe. Dopiero po pewnym czasie zrozumiałam: na jarmarku liczą się tylko dwie rzeczy - nasze towarzystwo oraz napitki! Może właśnie uśmiechacie się pod wąsem, ale taka jest prawda: grzańce, poncze, czekolada "z prądem" nieodłącznie należą do zimowego repertuaru. Raz, że rozgrzewają, co naprawdę ma znaczenie, gdy chcemy kilka godzin pospacerować, dwa, że ich aromat i smak są jedyne w swoim rodzaju i każdemu potrafią poprawić humor ;)

Jeżeli akurat nie macie żadnego jarmarku pod ręką, a chcecie poczuć o czym mówię (albo przyjemnie zaskoczyć Waszych sylwestrowych gości - nasi byli wniebowzięci), spróbujcie przygotować FEUERZANGENBOWLE

Składniki (na 8 porcji):
2 litry wytrawnego czerwonego wina
500 ml soku pomarańczowego
1 pomarańcza
1 cytryna
1 laska cynamonu (można pominąć, jeśli ktoś uważa - słusznie - że cynamon to zuo)
6 goździków
4 szt. anyżu gwiazdkowego (jeśli mamy)
cukier w kostkach bądź w jednej, dużej kostce
300 ml rumu (najlepiej 54%)

Przygotowanie:
W garnku (możemy to zrobić np. na kuchence gazowej w ogrodzie) podgrzewamy czerwone wino, do tego dodajemy sok. Nie gotujemy. Dorzucamy owoce pokrojone w plasterki i przyprawy. Zostawiamy na trochę, aby się przegryzło.
I teraz potrzebujemy trochę inwencji. Ci, którzy podczas wojaży kupili zestaw do przygotowania Feuerzangenbowle po prostu kładą ustrojstwo na garnek. Ci, którzy się nie zaopatrzyli szukają czegoś, co się nada. Może to być mała kratka grillowa, sitko metalowe, cokolwiek, co tak łatwo nie spłonie. Kładziemy to na garnek, na to cukier (dlatego najlepszy jest taki w jednej, dużej kostce), na chochlę wlewamy trochę rumu, podpalamy i polewamy tym cukier, aż roztopi się do naszego napoju. 
Ewentualnie możemy nasączyć małe kostki cukru rumem i podawać każdemu osobno, tak jak na zdjęciu poniżej, jednak wtedy przydałby się specjalny kubek. 
My użyliśmy pierwszego sposobu, z kratką metalową i wszystko zadziałało idealnie. Będziecie eksperymentować? ;)

Zapraszam do obejrzenia zdjęć z mojego pierwszego w tym roku (ale nie ostatniego) jarmarku bożonarodzeniowego. Oczywiście w Konstanz. 


Symbol Konstanz - piękna Imperia

Historyczny Konzil, w którym odbywał się Sobór w Konstancji w latach 1414-1418




Grzaniec
Feuerzangenbowle