Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ludzie. Pokaż wszystkie posty

Na językach



„Chodzi mi o to, aby język giętki Powiedział wszystko, co pomyśli głowa: A czasem był jak piorun jasny, prędki, A czasem smutny jako pieśń stepowa, A czasem jako skarga nimfy miętki, A czasem piękny jak aniołów mowa... Aby przeleciał wszystka ducha skrzydłem. Strofa być winna taktem, nie wędzidłem.” - Juliusz Słowacki




"Kasia, powiedz rower" - siostrę widuję przynajmniej 2 razy w roku i za każdym razem wita mnie tą samą prośbą. I zawsze dostaje podobną odpowiedź: "Lowel". Dopiero po kilku dniach pobytu w Polsce pozbywam się mojego zmiękczonego i zniemczonego rrrr (llll) i zaczynam rolować, jakbym nigdy nie robiła nic innego.
Teraz właśnie próbuję na głos wypowiedzieć słowo "traktor". Raz po niemiecku, raz po polsku - niby pisze się tak samo, ale w pierwszym przypadku "r" jest prawie niezauważalne, w drugim dudni jak... no dudni po prostu.

Uważam, że jezyki są fajne, ich nauka wzbogaca nas samych, otwiera nowe możliwości i poszerza horyzonty (o nowe pojęcia, nowe wyrażenia, przysłowia, żarty, no i oczywiście znajomości), jednak też co nieco zabiera. Ucząc się niemieckiego, po kawałeczku zatracałam mój angielski, aż doszłam do momentu, w którym ledwo dukałam. Dowiedziałam sięże to normalne, ale nadal frustrujące. 
Dopiero, gdy opanowałam niemiecki w stopniu zadowalającym (czy nawet bardzo zadowalającym), mój angielski zaczął wracać na swoje miejsce, powoli, małymi krokami. Mimo wszystko nadal mnóstwo angielskich słówek wypowiadam "z niemiecka".
Żeby było kolorowiej, niemieckie słówka wypowiadam z akcentem i to chyba zależy od nastroju, bo raz z wschodnioeuropejskim (kraj zwykle nie daje się sprecyzować, chociaż bywają wyjątki) albo z francuskim, no idea why. Jako że posługuję się "Hochdeutsch", czyli "wysokim niemieckim", Szwajcarzy czasem sami nabijają się w butelkę i twierdząże pochodzę z Niemiec. I wszystkie te sytuacje łączy jedno: nikt nie przejdzie obok mojego gadania obojętnie. Prawdopodobnie z tegoż powodu, iż po prostu za dużo gadam i chętnie zarzucam ludzi pytaniami oraz informacjami, a im wtedy w głowach robi się klik-klik-klik i coś nie bangla, jak to mówią na joemonster.
Żeby było weselej, nie bangla też mojej familii i gronu przyjaciół polskich, bo mój polski brzmi jak........ (propozycje proszę wpisywać w komentarzach), zwłaszcza przez telefon albo przez kilka pierwszych dni pobytu w Polsce (z kolei po dwu tygodniach w Polsce nie potrafię rozmawiać przez telefon po niemiecku ;)).
Jaka więc była moja radość, gdy w mojej studenckiej pracy szybko zagonili mnie do wykonywania angielsko- i polskojęzycznych rozmów telefonicznych (obok oczywiście niemieckich ze Szwajcarami, którzy po niemiecku nie bardzo ;)), a ja wiłam się w zimnych potach, bo za cholerę nie wiedziałam jak powiedzieć po polsku "technologia przepływu internetu przez kable z włókna szklanego" w jednym wyrazie (nadal nie wiem) albo jak nazywają się poszczególne gniazdka i wtyczki. Na szczęście Rodacy byli zwykle tak pijani szczęściem (dwa razy szczęście w jednym zdaniu, pani Sampławska mnie udusi), że nie zwracali najmniejszej uwagi na moje zimne poty i dukanie. Ufff, to było meczące, zwłaszcza jeśli próbowałam w trakcie czytać ksiażkę, grać w sudoku i malować paznokcie jednocześnie. Ale przeżyłam!
Co mnie czasem męczy, to wielojęzyczne sny, Philipp mówi po polsku, Agata nawija coś po niemiecku, w Konstanz wiszą polskie szyldy, a w Elblągu niemieckie. Zupełny brak sensu. Za to jak zdaży mi się popaplać przez sen - zawsze tylko po polsku, ku ogromnej rozpaczy Philippa.
Pociesza mnie jedno, wiem, że nie jestem sama. Moje kuzynostwo i znajomi, którzy mieszkają tu prawie od urodzenia, raz lepiej, raz gorzej posługują się ojczystym językiem, ale zawsze próbują. Wychodzi nam niezły galimatias, bo rozmowę zawsze rozpoczynamy po polsku, wystarczy jednak, że ktoś poda niemiecką nazwę, np. Realschule (brak pol. odpowiednika) i już lądujemy w niemieckim. Na szczęście tylko do momentu, gdy padnie polskie słówko (pierogi!) i znowu jesteśmy w domu. Możemy tak godzinami, fajna zabawa ;) A w towarzystwie mieszanym dostaję czasem kręćka (Agata, potwierdź) i nagle zaczynam Niemców zasypywać polskim, a Polakow niemieckim.

Jesli chodzi o okres wcześniejszy (ze 3 lata temu), niemieckim poslugiwałam się już w miarę dobrze, ale moje zdolności lingwistyczne opuszczały mnie po całym dniu, gdy byłam mocno zmeczona i właściwie powinnam już dawno spać. Chciałam używać niemieckiego, mój mózg akceptował jednak tylko polski i ten też język wysyłał w eter, ja próbowałam walczyć i wychodziło z tego jedno wielkie BLURP.
Takim BLURP żegnam się dzisiaj z Wami i tylko szybko zapytam na koniec: jakie są Wasze doświadczenia?

PS. 2 grudnia mam randkę! Randkę z Czytelniczką z Polski! Idziemy na zakupy i grzańca, a ja dostanę ogórasy kiszone i barszczyki, juhu!!

Miły Zakątek?


Miało być o czymś zupełnie innym, przyjemnym, emigranckim. Bedzie o czymś bliższym Wam geograficznie, ale pewnie tak samo dalekim jak mi. Zresztą, ocencie sami.

Na facebookowym profilu The Warsaw Blog umieścił krótki wpis informujący, iż pub Zakątek w Warszawie ozdobiony jest homofobicznymi wlepkami. Zaciekawiona tematem udałam się na profil knajpy i zamarłam. Zamarłam dlatego, iż knajpa dumna jest ze swojego "zakazu pedałowania", a na profilu zbierają się zwolennicy tegoż. Obiecują wizyty, klepią po plecach, cieszą sięże "w koncu miejsce dla normalnych ludzi". Boję sięże w Polsce coraz więcej jest tych "normalnych". Stosujących mowę nienawiści, gardzących każdym, ktory choć trochę się różni od nich. W niektórych prawicowych kręgach istnieje nawet przyzwolenie dla kibolstwa, zresztą wystarczy przypomnieć sobie ostatnie wybory i fakt, kto walczył o głosy kibiców i ultrakatolików. 

I tak sobie myślęże "Zakątek" zrobił nam ogromną przysługę, zresztą sobie też - niedźwiedzią. W życiu nie wejdę do miejsca, które otwarcie promuje nienawiść, rasową, wyznaniową czy inną. W życiu nie wejdę do miejsca, które już na wejściu ma określoną publikę: ultraprawicowo-kibicowską. I w życiu nie wejdę do knajpy, w której bałabym się o zdrowie swoje i moich towarzyszy. Bo może akurat barmanowi albo podpitemu gościowi z sąsiedniego stolika nie spodoba się spojrzenie, ktore rzuciło sobie dwóch moich towarzyszy? Kto wie? 

Cykliczne wizyty w Polsce utwierdzają mnie w przekonaniu, że nadal można szybko stracić zęba na ulicy albo po prostu zostać obrażonym, obrzuconym błotem, odepchniętym "bo ja teraz chciałam zważyć kapustę" albo "bo ja chcę wsiąść do tramwaju, TERAZ". Może nawet sytuacja się pogarsza, bo wygląda na to, że grupy głoszące nienawiść, rasową, wyznaniową czy inną, rosną w siłę

Jesli chodzi o homofobię, w części państw Unii jest ona oficjalnie zakazana (nasza konsytucja zakazuje tylko tworzenia partii gloszących nienawiść rasową i narodowościową). Nasz sejm by się spłakał, jakby mu też kazali, niestety jeszcze nie każą dostatecznie mocno. Nasz sejm przecież sam w wiekszości popiera "zakaz pedałowania" i sam obdziera chociażby poseł Grodzką z resztek jej godnosci. 

A tu cytat z Wikipedii, też daje do myślenia: 15 czerwca 2006 Parlament Europejski przyjął rezolucję "w sprawie nasilenia przemocy powodowanej rasizmem i homofobią w Europie", w której wyraził poważne zaniepokojenie wzrostem nietolerancji powodowanej rasizmem, ksenofobią, antysemityzmem i homofobią.
Rok później, 26 kwietnia, Parlament Europejski uchwalił kolejną rezolucję "w sprawie homofobii w Europie", w której 12 na 18 punktów dotyczyło Polski. Wezwał w niej "władze polskie do publicznego potępienia oświadczeń osób publicznych wzywających do dyskryminacji i nienawiści ze względu na orientację seksualną i do zastosowania środków przeciwko tego rodzaju wystąpieniom"

Prawdziwa Polka



Nie należę do osób, które mieszkając za granicą szukają kontaktu z rodakami. I tylko z nimi. Nie chcę iść na opłatek do polskiego kościoła (ba! nie chcę iść do żadnego kościoła), aby poznać Zosię i Basię, które tyle o mnie słyszały. Nie chcę plotkować o tej Sylwii, co niedaleko mnie mieszka i ma męża Szwajcara, ale on dziwny taki, a jej dzieciak rozwrzeszczany. I nie chcę tłumaczyć, że jestem patriotką, chociaż nie wierzę w „zamach smoleński”. I chcę mówić głośno i otwarcie, że „idę do domu”, chociaż mam na myśli nasze mieszkanie na Waldheimstrasse, a nie na Pałacowej (nazwa ulicy zmieniona w celu ochrony jej mieszkańców). I nie chcę narzekać, jakie te miasto/państwo/społeczeństwo porąbane i straszne, i nudne, i paskudne, w którym żyję. I nie chcę załatwiać biletów na samolot dla osoby, którą widzę pierwszy raz w życiu. Nie chciałabym nawet jakbym naprawdę pracowała w liniach lotniczych Swiss, tak jak sobie ta osoba wymyśliła. I nie chcę lecieć na granicę podstemplować tej osobie tzw. Ausfuhrschein, bo jako mieszkance Szwajcarii, Niemcy zwrócą mi zapłacony podatek VAT. I nie! Niańką jej dzidzi też nie zostanę, chociaż inne koleżanki Polki tak chętnie się dzidzią opiekują.

Jestem wyrodna?


(Wszystkie przykłady są z życia wzięte, kilka ostatnich zawdzięczam przemiłej osóbce, która mniej więcej pół roku temu wprawiła mnie w osłupienie, które do tej pory mnie nie opuściło).

PS. Żeby nie było: przyjaźnię (bądź koleguję) się z Polakami. I Niemcami. Rosjanami. Anglikami. Szwajcarami. Włochami. Rumunami. I różnymi innymi nacjami. I do głowy by mi nie przyszło, żeby z tego zrezygnować i zostać „prawdziwą patriotką”. ;)
PS.2. Na załączonych obrazkach widzimy zachód słońca nad Renem – moja „prawie” polarna zorza.

Jak żyje się w Dubaju?

…niemiecko-szwajcarskim ekspatom? 


Mimo iż mój pobyt w Dubaju trwał tylko 2 tygodnie, udało mi się podejrzeć, podsłuchać, podpatrzeć jak się żyje ekspatom, że tak powiem „u źródła”, gdyż mieszkałam u jednej z nich. Mam też dostęp do prawie codziennych relacji z pierwszej ręki, dlatego wypowiem się dzisiaj w roli eksperta. Jeśli przymkniecie jedno oko – lepiej dla Was ;)

widok z basenu
widok z okna - Marina
widok z okna - Zatoka Perska 
widok z okna - Marina
widok z okna - Zatoka Perska

MIESZKANIE


Młodzi ekspaci mają do wyboru kilka opcji:
1.     Mieszkanie w Burj Khalifa (najwyższym budynku świata)
2.     Mieszkanie z widokiem na Burj Khalifa
3.     Mieszkanie z widokiem na Zatokę Perską czy Dubai Marinę
Inne lokalizacje (no może jeszcze oprócz apartamentów „na palmie” – ale to tak dalekooo) nie istnieją na ekspackiej mapie (pamiętajcie, że mówimy o niemiecko-szwajcarskich młodych wilkach ;)).
Te piaskowe budynki widziane na zdjęciach poniżej należą do kompleksu JBR (Jumeirah Beach Residence – 36 budynków podzielonych na 6 sektorów o morskich nazwach – ja mieszkałam w Piasku) i oferują mieszkania o wysokim standardzie, których ceny zależą miedzy innymi od widoku z okna! Ja miałam szczęście, gdyż moja gospodyni postawiła na luksus do kwadratu i wynajęła mieszkanie z widokiem na Zatokę z jednej strony i przepiękną Dubai Marinę (port w centrum miasta) z drugiej.  Rany, co za widoki!




A gdzie numer 13?

WYŻYWIENIE 


Na terenie JBR znajduje się całe multum znanych europejskich fastfoodów, „suszarni”, pizzerii i knajpek z indyjskim curry. Tylko arabskiego jedzenia trzeba szukać ze świecą, no ale jak to stwierdziła jedna z rezydentek: och, wiesz, my tu mieszkamy, wiec arabskiego jedzenia mamy po dziurki w nosie! Zakrztusiłam się wtedy moją arabską colą ;)
Jeśli już koniecznie MUSISZ gotować, na terenie kompleksu znajdują się przeróżne supermarkety. Ale czy naprawdę MUSISZ gotować? Nie lepiej zadzwonić do Subwaya i zażyczyć sobie kanapki, która usłużny sprzedawca przyniesie pod sam basen? No właśnie. 
Supermarket też się jednak na coś przyda. Jeśli akurat wstałeś i masz ochotę na jajko na miękko oraz sok pomarańczowy, zadzwoń do supermarketu, a usłużny goniec przyniesie Ci to pod same drzwi. 
A jeśli nie masz czasu nawet na to, aby zadzwonić do Subawaya możesz zamówić catering na cały miesiąc z dietetycznymi potrawami, przygotowanymi specjalnie by zaspokoić wszyściutkie Twoje potrzeby – w skrócie: pół banana i jabłko za pół pensji. Wybór należy do Ciebie! 



widok z okna - Zatoka Perska



PRACE DOMOWE

Z tym jest różnie. W sumie masz pralkę, więc czasem wrzucisz do niej ręczniki z plaży, ale co np. z jedwabną bluzką? Nie lepiej zadzwonić do pralni, aby ktoś odebrał bluzkę, wyprał, wyprasował i odniósł po 2 godzinkach? Zapłacisz z 10 zł, ale cóż to jest 10 zł? Sprzątaniem zajmuje się pani, która przychodzi 1-2 w tygodniu, gotować nie gotujesz, zostało coś jeszcze? Chyba nie, możesz dalej leżeć i pachnieć, w końcu jest taaak gorąco! 


Dubai Marina

Dubai Marina
Dubai Marina




CZAS WOLNY 


Pod nosem masz plażę, o której marzy 99% populacji. Co robisz? Wybierasz jeden z licznych basenów znajdujących się w kompleksie. Piasek parzy w stopy, wciska się w oczy, no i Ci Pakistańczycy, którzy się gapią! (Dopisek Kasi Sprawiedliwej: prawdą jest, że od czerwca woda staje się nieznośnie ciepła, aby w sierpniu osiągnąć temperaturę zupy pomidorowej, no ale proszę Was).
Jeśli akurat nie masz ochoty na kąpiele wodno-słoneczne, możesz udać się do jednego z wielu salonów masażu bądź kosmetycznego. Usłużna Chinka czy Filipinka pokaże Ci (za odpowiednią opłatą) urodowe niebo.
Jeśli akurat najdzie Cię ochota na trochę sportu, możesz udać się do jednej z siłowni, znajdującej się (jak najbardziej) na terenie kompleksu. Ale z tym bym nie przesadzała, w końcu jest tak gorącoooo.
Jest tak gorąco, że właściwie powinieneś zostać w domu i oddać się fejsbukowej prezentacji Twojego cudownego życia w Dubaju! ;)









INFO

Niestety nie wygrałam tego, dlatego na relację z Andaluzji musicie poczekać aż do września ;)

Tu znajdziecie moje wszystkie teksty z Dubaju.

Trzy lata i jeden dzień


 Wychodząc z domu, nigdy nie wiemy, co może się przydarzyć albo kogo spotkamy na swojej drodze. Każdy dzień przynosi coś nowego. Pewien zimny, listopadowy wieczór przed kilkoma dniami przyniósł na przykład bardzo interesującą znajomość. Kale i Matthias już z daleka wyglądali interesująco. Poskręcany kij, tobołek, kominiarski kapelusz i sztruksowe dzwony – to nie karnawałowe przebranie, a ich strój, z którym nie rozstaną się jeszcze przez kilka lat. Kale i Matthias należą bowiem do Wędrujących Czeladników, czym kultywują tradycję niemieckojęzycznych krajów, zapoczątkowaną w mrocznym średniowieczu.  



 Aż do tego wieczoru uważałam, że to tradycja, która dawno wymarła, a opowieści o tzw. wędrownych latach można włożyć między bajki o smokach i królewnach. Jakże się myliłam!
Chociaż od XIX wieku nie ma już obowiązku „wędrówki”, niektórzy rzemieślnicy po zakończeniu nauki decydują się na jej odbycie. Powody są różne, jedni chcą kultywować starą tradycję, inni poznać kawałek świata, jeszcze inni zdobyć doświadczenie i sprawdzić, do czego są zdolni.



Wybierający się na wędrówkę muszą przestrzegać wielu reguł, spisanych nawet w kodeksach cechów. Chyba najważniejsza zasada mówi, iż taka wyprawa powinna trwać co najmniej 3 lata i jeden dzień, niektórzy decydują się nawet na jeszcze dłuższy okres czasu. Wędrujący czeladnik musi na własną rękę szukać pracy, noclegu i transportu – nie może jednak za nic płacić. Czasem śpi na ławce, czasem na statku, a czasem nawet w hotelu, jeśli trafi na miły personel. Pracuje w zawodzie, jako stolarz, cieśla, czy budowlaniec; oczywiście, jeśli znajdzie się dla niego miejsce. Pracuje i po góra trzech miesiącach idzie dalej, bo jego pobyt w jednym miejscu nie może tego okresu przekroczyć. Dokąd pojdzie, decyduje sam, jednak mapa, na której zaznaczony jest okrąg o średnicy 50 km,  podpowiada, w co najmniej jakiej odległości powinien się trzymać od domu.



Taki wędrownik nie ma domu ani dziewczyny, nie może widywać się z rodzina, ani używać komórki. Może za to zdobyć doświadczenie i przeżycia, których nikt mu nie odbierze.

A Wy? Wybralibyście się na taka „wędrówkę”? J




PS. Wszystkie zdjęcia pochodzą z Internetu