Pokazywanie postów oznaczonych etykietą London. Pokaż wszystkie posty

Oda do siostry. Którą zgubiłam.




Dokładnie 22 lata temu, na krótko przed Bożym Narodzeniem, rodzice postawili mi TO pytanie: Co byś wolała? Braciszka czy siostrzyczkę?

Jednodniowa wycieczka za Londyn



Do którego momentu możemy mówić o wycieczce „za Londyn”?  Trudno powiedzieć, czy jest to pięćdziesiąt kilometrów, a może sto? Na potrzeby tego postu stworzyłam własną teorie: jeśli dojazdy i rozrywki na miejscu nie trwają dłużej niż jeden dzień, możemy spokojnie powiedzieć, że jest to wypad „za miasto”. Chociaż, jak tak teraz myślę… na biwak tez jeździmy „za miasto”. No nic zignorujcie ten quasi-naukowy wstęp. To kompletne bzdury ;)


Z jednej strony 2,5-godzinna jazda samochodem (zwłaszcza, jeśli ten samochód trzeba najpierw wypożyczyć) to nie pikuś, z drugiej daje wam możliwość poznania Anglii autentycznej, trochę dzikiej i niesamowicie pięknej.  Część tej wyprawy zobaczyliście już w dwóch poprzednich postach: o krytej strzechą wiosce z jednym z najstarszych pubów w Dorset – West Lulworth oraz pięknym jurajskim wybrzeżu, które leży zaraz obok,  z jego słynnymi „drzwiami” Durdle Door.

Zajrzyjcie:







Dzisiaj zaproszę Was w trzy inne miejsca, wszystkie odwiedzone tego samego dnia. Relacja będzie wierna, choć mocno poplątana, dlatego na samym końcu wpisu zobaczycie jak najlepiej zaplanować taka wycieczkę i co gdzie znajdziecie.
Pomiędzy Londynem a hrabstwem Dorset, w Parku Narodowym New Forest natraficie na dzikie kuce. Ogromne przestrzenie, pokryte lawendą, są idealnym miejscem dla 3000 kucyków. Dla nas to idealna okazja by podziwiać naturę i te piękne zwierzęta w ich naturalnym środowisku. Internet mówi, że powinniśmy uważać, bo kucyki (najwyższe maja 148 centymetrów wzrostu) mogą być agresywne i niebezpieczne, jednak nie sądzę, że coś może się wydarzyć, jeśli nie będziemy ich prowokować. Ważne – koników nie można karmić, grozi za to wysoka kara.
Mnie najbardziej nurtowało pytanie, czy te kuce naprawdę są dzikie? I tu znowu warto zaciągnąć opinii Internetu. Koniki bowiem mają własną stronę, na której znajdziecie odpowiedzi na wszystkie nurtujące pytania.  I tak, koniki są dzikie, bo żyją dziko. Jednak są one pod opieką medyczną, mają również „właścicieli”, ale w ostateczności robią, co chcą od rana do nocy. Też bym tak chciała ;)





Kolejnym punktem programu były opisane w poprzednich wpisach West Lulworth oraz jurajskie wybrzeże przy Durdle Door. Jadąc dalej na wschód, dojechałyśmy do Poole.  Co można powiedzieć o Poole? A ze jest bardzo posh! I baaaardzo expensive. Mierzeja zwana Sandbanks to podobno czwarte miejsce na świecie pod względem wysokości cen ziemi. Imponujące, nieprawdaż?
A co my robiłyśmy w Poole? Właściwie chciałyśmy pozbierać mule na kolacje w płytkich wodach naturalnego portu (znowu coś, co występuje raczej rzadko), ale przeszkodził nam głód. Miałyśmy smaka na fish&chips i gofry, a Poole jakby wymarło. Chociaż to czerwcowa sobota, budki i knajpki pozamykane były na głucho. W międzyczasie zaczęło się ściemniać, a my gnane głodem wybrałyśmy się do Bournemouth. 







Bournemouth wyglądało na typowy kurort z klimatem, niestety na zwiedzanie miasteczka nie było już czasu.  Nasze kroki skierowałyśmy  w stronę plaży i po odmowie wpuszczenia nas  (nie ma miejsc, ani jednego!) udzielonej nam przez bardzo eleganckiego kelnera, który zdziwił się naszym wyglądem. Opatulone w co się dało (m.in. w koc), gdyż ochłodziło się porządnie, nie stanowiłyby chcianej i pożądanej klienteli. Czyli padło na fish&chips, które i tak już nam się marzyły. Znawczynie stwierdziły, że jadły już lepsze, ale ja byłam happy. Chrupiąca i świeża ryba z dużymi frytami, do tego sos tatarski, czego chcieć więcej?







A tu nasza trasa: Londyn -> New Forest National Park  -> West Lulworth -> Durdle Door -> Poole -> Bournemouth -> Londyn. Polecam!
 

Borough Market i słówko o angielskim jedzeniu


Kiedy nikt mnie nie czytał, miałam wrażenie, że mogłam pisać wszystko. Teraz powoli czuję, że nie powinnam pisać o niczym, bo zawsze ktoś może poczuć się urażony. I niektóre wpisy odkładałam na później albo na świetego nigdy... Jednak pora to zmienić.

Bo to mój ogródek, moja działka i moje grabki. Grabię nimi sobie, ale grabię dla Was, bo sama swoje myśli znam ;) 

Zapraszam w podróż pełną jedzenia i zawirowanych myśli!

No bo tak: nie zgadzam się z tym, że w Anglii nie można zdrowo zjeść. Nie zgadzam się z tym, że zdrowe jedzenie jest drogie. 

A dlaczego? Bo zwykle są to słowa wypowiadane przez Polaka z fajką z ustach i puszką piwa w ręku (wiecie, ile piwo i fajki kosztują w UK? Szoook), który marudzi, że chleb za 50 pensów jest paskudny. I oczywiście: w Polsce to jest wszystko zdrowe, Polska mlekiem i miodem płynie (tylko naturalnym), a polski chlebek to manna z nieba. I do tego za złoty pińdziesiąt.

Tylko, że: 1. z jakiegoś powodu opuścił Polskę (zakładam, że na masełko do chlebka nie wystarczyło), 2. raczej nie ma zamiaru wracać (po co w takim razie porównania?), 3. zarabia kilka razy więcej niż w Polsce, dlaczego więc za chlebuś ma płacić tak samo?

A dlaczego by raz nie zrezygnować z paczki fajek i kupić kilo ryby na targu, bochenek dobrego chleba (choćby za te 4 funty) i trochę sezonowych warzyw u rolnika (bądź na ryneczku)? I jeśli ktoś powie: paaaaani, mój chłop to 2 bochenki na śniadanie zjada, zbankrutowałabym... To ja powiem: chleb to niezdrowy zapychacz, a do szczęścia wystarczy nam posiłek wielkości naszej pięści - byle odżywczy. 

Wiadomo, łatwiej jest wyskoczyć do sklepu za rogiem i wrzucić mrożonkę do koszyka. Albo podgrzać dziecku makaron z serem, bo lubi. I dorzucić do tego plastikowego pomidora z supermarketu. Jednak jesteśmy tym, co jemy i warto czasem zrezygnować z używek czy gadżetów i zainwestować w zdrowie, zamiast szukać wymówek. Na pewno się opłaci.

A tak na zrobienie smaka: kilka zdjęć z najdroższego pewnie rynku w Londynie - Borough Market. Znajdziecie go zaraz obok najwyższego budynku Unii Europejskiej (The Shard) i katedry Southwark - jednego z najstarszych kościołów Londyny. Jego dziedziniec nadaje się idealnie na piknik, nikomu nie przeszkadza fakt, że większość przychodzących na rynek na lunch, spożywa go właśnie tam.

A co oferuje Borough Market? 

Ser dojrzewający w winie musującym, niemieckie kiełbaski, świeże ryby, owoce i warzywa, a także mnóstwo gotowych potraw, idealnych na szybki lunch. Są angielskie paszety, wegetariańskie kotlety, szwajcarskie raclette, kuskus z dodatkami i sto innych rzeczy. Popić to można na przykład świeżoprzygotowanym smoothie z owoców - przepysznym! Miłego smakowania!

PS. Jeśli chcecie zobaczyć i spróbować wszystkiego, co rynek oferuje, musicie wybrać się na niego pomiędzy środą a sobotą. W niedzielę jest nieczynny, a w poniedziałek i wtorek zamknięte jest wszystko oprócz budek z jedzeniem, więc nie ma szans na kupienie np. warzyw. 
























Piechotą przez Londyn


Lubicie wieczorne spacery po pracy? Ja tak! Czasem zamiast wsiąść w pociąg do domu chodzę po Zurychu, czasem pospaceruję nad Bodeńskim. Jednak najczęściej idę do lasu pod domem, zaglądam na pobliskie działki i słucham jak rosną karczochy i porzeczki. Zajrzę do stadniny koni, pobawię się z kotami, pogłaszczę mućkę. Albo wybiorę się na włoskie lody do Konstanz, do kina, na zakupy.
Nie często zdarza mi się jednak popracowy spacer w Lodynie. Jeśli mam być szczera, w czerwcu był pierwszy raz. I chociaż plecak ciążył, buty obcierały, a zmęczenie po całym dniu (ba! tygodniu) dawało się we znaki, to... warto było!

Na Stanford wylądowałam koło 18tej i easyBusem  pojechałam do centrum Londyna. Za całe 2 funty!!! Wysiadłam na Baker Street (tak, to ta od Sherlocka - matko, ile ludzi!) i od razu doładowałam swoją oysterkę - polecam każdemu. Używasz jej w autobusach (zapomnij o nieziemsko drogim turi-busie, wsiądź lepiej do jednego z wielu czerwonych dwupoziomowców), metrze, kolejce, na statku, kolejce linowej... uff. I wszędzie płacisz taniej oraz maksymalnie tyle, ile kosztuje bilet dzienny. Świetna sprawa.

Na Baker Street wsiadłam w metro i wylądowałam na stacji Westminster, pod samym Big Benem (wiem, że Big Ben to dzwon, a wieża nazywa się inaczej, ale prooooszę, kto by zrozumiał, gdybym powiedziała Elisabeth Tower?).

Właściwe chciałam wsiąść na statek, który przewiózłby mnie po Tamizie od Westminster do Greenwich. Miałam rzucić plecak w kąt, ściągnąć obcierające tenisówki i nie wstając z wygodnej ławeczki (zakładam, że byłaby wygodna) podziwiać Londyn. Plany planami, ale rozkład jazdy jest bezlitosny - ostatni stateczek wypłynął o 17. Shiiiiit.

Po krótkiej naradzie z plecami i stopami stwierdziłam, że idziemy z buta. Niby w każdej chwili mogłam jechać do Pauliny, ale pogoda była piękna. Grzechem byłoby przegapić piękną pogodę w Londynie. Zwłaszcza, że moja ostatnia wizyta wypełniona była walką z żywiołami - deszczem, wiatrem i przeszywającym zimnem. No nie mogłam. Za to po kilkugodzinnej wędrówce zostałam powitana uściskami i winem, czyli bardzo swojsko! Wieczór był świetny, ale to już zupełnie inna historia...

I zamiast pisać bez końca, zapraszam Was na wspólny spacer wzdłuż Tamizy. Trasa pokrywa się częściowo z tą wyrysowaną przez Wędrowne Motyle, dlatego koniecznie zajrzyjcie, żeby wiedzieć, co, gdzie i jak! A może i powtórzyć?


Chyba nie muszę przedstawiać?

London Eye i County Hall z dalszej perspektywy

Widok na Westminster z Westminster Bridge

Widok z Westminster Bridge

Zachód słońca na Westminster Bridge

Big Ben
Idziemy dalej!

Wieczorny chillout

I... romantyczna plaża!

Widok na Blackfriars Bridge

A jeśli akurat zgłodniejesz...

Po lewej katedra Świętego Pawła, po prawej widok na londyńskie City

Nie tylko kobiety przeglądają się w witrynach ulicznych

City!

Krótka wizyta u Olivera Twista

I znowu City

Nowoczesna architektura i... sztuka

Kto wypatrzy "Ogórka"?

Po lewej słynny Tower of London, a po prawej Tower Bridge

Tower Bridge

I ten... znowu City?

Widok z Tower Bridge na Docklands, czyli dzielnicę portową Londynu

Widok z Tower Bridge w kierunku centrum

Docklands

Docklands

The Shard - najwyższy budynek w EU

Widok na Tower Bridge i  fortecę Tower of London