Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Atlantyk. Pokaż wszystkie posty

Inch Beach nad Atlantykiem


Wena się pożegnała, więc będzie po prostu fotograficznie. Panie i Panowie: Inch Beach!
A jeśli plaża Was oczarowała (wiem, że tak!), znajdziecie ją w Irlandii, w hrabstwie Kerry.


Morza nigdy za wiele


Miejsca, które Wam dzisiaj prezentuję, to miejsca wyjątkowe, każde na swój sposób. Los Hervideros – to tu morze walczyło z szalejącym wulkanem. Odwiedzający spacerują w labiryntach z lawy i na każdym kroku odkrywają nowy uskok, czy kipiel. El Golfo – laguna powstała w kraterze wulkanu, kolor zawdzięcza jednokomórkowym algom, które ją zamieszkują. Następnie Playa de los Pocillos – codziennie inna, codziennie fascynująca, a co najważniejsze – oddalona o 100 metrów od naszego hotelu. I w końcu La Santa – niewielkie miasteczko, jakby na końcu świata, niesamowity klimat i ogromny kompleks hotelowy wyglądający jak rodem z horroru. Zapraszam do oglądania! 


powiększ mapę

Lanzarote - o kuchni bez kuchni


Jeśli czekacie na zdjęcia „ze stołu”, możecie się rozczarować. Po prostu nie potrafię w trakcie miłej kolacji wyciągnąć mojej kobyły z plecaka, pogmerać przy ustawieniach i zacząć robić zdjęcia, ale tak, żeby potrawa była na pewno dobrze doświetlona. Proszenie Philippa przy każdym posiłku, żeby wyciągnął telefon i pstryknął „na bloga, na bloga” też jakoś nie przechodzi mi przez gardło. Jeśli z kolei liczycie na dokładny opis kuchni Lanzarote (czy też całych Kanarów), znowu szansa na rozczarowanie jest duża. Dlaczego? Dowiecie się z tekstu.
Zamiast jedzenia macie za to okazję obejrzeć zdjęcia malowniczego portu w Puerto del Carmen, zobaczyć jak produkuje się sól morską, zajrzeć na teren naszego „apartamentu” (10 euro za noc!!) i inne! Zwłaszcza ostatnie zdjęcie jest bliskie mojemu sercu. Zrobione pod samym hotelem: wystarczyło zejść po schodkach, żeby znaleźć się w supermarkecie, zrobić niewielkie zakupy i wychodząc poprzez drugie wejście, znaleźć się na plaży. Tak też zrobiliśmy od razu pierwszego wieczora, żeby choć trochę uciszyć głód. Kupiliśmy małe ciasteczka, które wiatr, jedno po drugim, wyrywał nam z ręki. No nic, ciasteczka schowaliśmy na później i wyruszyliśmy na spacer wzdłuż plaży. Plaży, obok której przebiegała główna arteria miasteczka, pełna knajp, knajpek i knajpeczek. Przeszczęśliwi nie mogliśmy doczekać się spróbowania miejscowych specjałów. Jednak coś było nie tak. Przed każdą knajpą stał naganiacz. Naganiacz to osoba, która ma za zadanie przekonać Cię, że ta beznadziejna jadłodajnia, w której pracuje, jest świątynią jedzenia. Naganiacz  nie musi słuchać, co masz do powiedzenia, on musi tylko głośno krzyczeć: my friend, my friend, best pizza! Naganiacz nie musi wiedzieć, co akurat „wyszło”, on po prostu na głos przeczyta Ci kartę, bo przecież sam nie umiesz. On nawet chętnie dogoni Cię po drugiej stronie ulicy, bo może nie dosłyszałeś. Dlatego właśnie nie wchodzę do knajpy z naganiaczem. Nie i tyle. Pisałam już, że przed KAŻDĄ jadłodajnią stał naganiacz? No tak… Stwierdziłam wtedy, że i owszem, raz można złamać zasadę, czemu nie. Szukamy więc dalej. Kuchnia chińska, teksańsko-meksykańska (tex-mex), pizza-pasta italiano. Kuchnia lokalna? Nie ma! W końcu, 5 kilometrów dalej i 5 ton piachu we włosach więcej, jest! Naganiaczem była właścicielka we własnej osobie, w karcie dania lokalne i hiszpańskie, a smak? No tak, przynajmniej nie padliśmy z głodu.
Następnego dnia wybraliśmy się do recepcji na zwiady. I wtedy objawienie! Podczas wielokilometrowego spaceru nie dotarliśmy nawet do portu, a cały czas znajdowaliśmy się w części „imprezowej”. A-ha. Jak się później okazało, port był już bardziej lokalny, ale też pełen naganiaczy i restauracji z bardzo zawyżonymi cenami. W wyniku czego, „na mieście” jedliśmy cztery razy (po 2 razy w jednej restauracji ;)), a pozostałe posiłki przygotowywaliśmy sami. Na szczęście mieliśmy na wyposażeniu garnki i patelnie, a w rybnym można było dostać świeżą rybkę. Jak bardzo świeżą? Trudno powiedzieć. Faktem jest, mrożone lokalne owoce morza czy ryby jako kraj pochodzenia podane miały Chiny. Bądź Chile. Ała.
Pierwszym i jednym miejscem, gdzie spróbowaliśmy prawdziwej kanaryjskiej kuchni, była połączona ze sklepem rybnym restauracja „La Lonja”. Żadnego (!) naganiacza, tylko grupa starszych Hiszpanów wygrzewających się na ławeczce przed restauracja. Karta pełna specjałów i do tego lada chłodnicza uginająca się pod świeżą, lokalną rybką. Przepyszny red snapper i niczego sobie zupa rybna. Ryby papuzie i ośmiornica. Do tego Papas Arrugadas – typowe kanaryjskie mini-ziemniaczki ugotowane w bardzo mocno słonej wodzie. Nie zabrakło też oczywiście typowych sosów: zielonego mojo verde, czerwonego mojo picon i ogólnohiszpańskiego czosnkowego aioli. Dla chętnych lokalne desery, a razem z rachunkiem na stole znalazł się sznaps. Ceny? Typowo kanaryjskie – danie główne około 10 euro, rybka dnia 15 (!), przystawki 8 euro, desery 8 euro (!), a do tego wszystkiego doliczany jest jeszcze obowiązkowy napiwek, tu bodajże 5% ceny, w innych przybytkach 7%.
Druga restauracja prowadzona jest od 10ciu lat przez Panią Bożenkę. To jej dom, miłość i świątynia. „Bodega u Bożeny” to punkt obowiązkowy dla osób tęskniących za domową, polską kuchnią. To serdeczność całkowicie polskiej obsługi i bigos, który raz jest, a raz go nie ma, chociaż w karcie nie ma go nigdy. To gołąbki i pasztet (który naprawdę smakował jak domowy!) i który zamiast na talerzu w cieniutkich plasterkach, dostałam zapakowany „na śniadanie”. To Sobieski i wiśnióweczka „na trawienie”. Ceny? Typowe. Przystawki i desery koło 8 euro, dania główne 10 i więcej, podatek 7%. Jestem pewna, że udałoby mi się wcisnąć dwa razy tyle, jeśli ceny byłyby bardziej przyjazne (zwłaszcza te nieszczęsne desery i przystawki).
Podsumowując: mogło być gorzej ;) Nie łudziłam się nawet, że znajdę tu jakąś sensowna ofertę bezmięsną, dlatego bez wyrzutów sumienia kosztowałam ryb i pasztetu Bożenki. Po powrocie znów przeszłam na dietę jarską, pewnie do kolejnych wakacji ;)


Dopisek: Ogromnym zaskoczeniem był brak widocznych wpływów afrykańskich. Nie tylko w kuchni, ale i w architekturze czy zwyczajach. Patrząc na mapę aż trudno uwierzyć, że Wyspy Kanaryjskie znajdują się rzut beretem od Afryki. 















Więcej na temat Lanzarote:

http://www.kasianarozdrozach.pl/2013/06/podwodna-lanzarote.html
http://www.kasianarozdrozach.pl/2013/06/prosze-zapiac-pasy-lecimy-na-marsa.html
http://www.kasianarozdrozach.pl/2013/07/morza-nigdy-za-wiele.html
http://www.kasianarozdrozach.pl/2013/07/najprzyjemniejsza-terapia-swiata.html

Podwodna Lanzarote


W końcu. W końcu udało mi się wybrać 330 zdjęć z 1500, które zrobiłam na Lanzarote. To znaczy, że mogę zabrać się za pisanie postów. Kilka dni temu spytałam Was na blogowym profilu na fejsbuku (TU), który z trzech tematów powinien pojawić się na blogu jako pierwszy. Do wyboru mieliście plaże (nurkowanie), księżycowe krajobrazy i kuchnię. Plaże uzyskały widoczną przewagę, co jest mi bardzo na rękę. Powód jest prosty: plaże, a dokładnie nurkowanie były głównym celem naszego spontanicznego wypadu na Kanary. Zmęczeni trwającą od dziewięciu miesięcy zimą postanowiliśmy choć na trochę przenieść się w inną rzeczywistość, tę podwodną! 

Playa de Papagayo

Pobyty na plaży w przeszłości zwykle wyglądały dla mnie tak samo. Nieodłączna książka, słuchanie szumu fal i od czasu do czasu pluskanie się na ochłodę. Wszystko zmieniło się 2 lata temu, gdy w naszej ukochanej Andaluzji odkryliśmy niewielką plażę, na której prawie nie było innych osób, a te które były, miały ze sobą nieodłączną maskę i rurkę. Całe przedpołudnie przyglądaliśmy się ich zajęciu i zainteresowani słuchaliśmy powtarzających się co jakiś czas okrzyków radości. 

Playa de Papagayo
Następnego dnia wróciliśmy wyposażeni w zakupiony naprędce u „chińczyka” zestaw: maskę i rurkę. Pierwsze zanurzenie i … szok. Nie słyszę szumu fal, piszczących dzieci czy szczekania psa, słyszę tylko swój oddech. A co widzę? Inny świat! Ryby pływające miedzy kamieniami, polującą ośmiornice i chmary meduz, które po południu zjawiły się po prostu znikąd (to bolało, ała). I chociaż ten podwodny świat nie był tak różnorodny i kolorowy jak ten widziany czasem w programach przyrodniczych, rozkochał mnie w sobie błyskawicznie i wzbudził apetyt na więcej. Rok temu powtórka z rozrywki, tym razem z trzecią zachwyconą w bandzie. 
Playa del Pozo
A w tym roku zmiana miejscówki, zamiast Morza Śródziemnego – Atlantyk, zamiast rurki od „chińczyka” – trochę lepsza, nie wpuszczająca wody podczas głębszego nurkowania. Ale emocje takie same!  
Playa del Pozo
Podwodny świat od dawna mnie fascynował. Kolekcjonowałam muszle przywiezione przez kogoś z daleka bądź po prostu kupione, czytałam ksiązki o morzach i oceanach, oraz zafascynowana oglądałam programy przyrodnicze, jeśli traktowały o morskiej florze czy faunie. Od dawna marzyłam o nurkowaniu, ale nie było mnie stać na drogie kursy w egzotycznym raju. Aż do tego pamiętnego dnia, w którym odkryłam, że nie trzeba jechać na koniec świata i że bez kursów, butli i pianki też można poznawać podwodny świat. Może nie tak spektakularny, ale mimo to fascynujący. 

Playa del Pozo
Aaale, o czym to ja chciałam? A tak, Lanzarote! Wietrzna wyspa, która wiatrem dochodzącym do 50 km/h doprowadziła mnie prawie do szaleństwa, z drugiej strony udobruchała pięknym podwodnym światem (bezwietrznym!). Pierwsze plaże, które odwiedziliśmy to znajdujące się na południu wyspy, zaraz obok miejscowości Playa Blanca, plaże Papagayo (nazwa zbiorcza). Jest ich kilka, droga dojazdowa jest płatna, kosztuje 3 euro za samochód, ale jeśli pomyśleć, ze tyle kosztuje kilka godzin parkingu nad Bałtykiem, nie jest to jakaś wygórowana cena. Zwłaszcza, że prawdopodobnie zbierają na asfalt, którego nie uświadczysz na tej dojazdówce ;) 
Playa del Pozo
Tu zdecydowanie wygrywa plaża Papagayo (papuzia), jeśli chodzi o nurkowanie. Niewielka zatoka, dobrze osłonięta, dlatego nie ma ani wiatru, ani wysokich fal. Są za to podwodne skały i kamienie, a miedzy nimi ryby, np. papagayo. 
Playa Grande
Zaraz obok znajduje się Playa del Pozo, z pięknym białym piaskiem i spektakularną turkusową wodą, a także widokiem na sąsiednią wyspę Fuerteventurę.  Brak podwodnych skał sprawia jednak, że plaża bardziej nadaje się do smażenia na słońcu niż nurkowania. W pobliżu jest jeszcze kilka innych wartych uwagi plaż, te jednak, nie schowane przed wiatrem jak dwie powyższe, skutecznie zmusiły nas do odwrotu. 
Playa Grande
Kolejnym punktem na naszej mapie była plaża Flamingo. W miejscowości Playa Blanca, w odległości kilka kilometrów od papuzich plaż, miała być TYM miejscem. Nie była. Pod samymi drzwiami wielkich hotelów, mała, wąziutka plaża, której wody ograniczone były przez dwa mola wyglądające jak usypane z gruzów. To miało zapewnić jedyną w swoim rodzaju możliwość podglądania morskiego świata, ale morski świat chyba uciekł z przerażeniem z tego paskudnego miejsca. Zdjęć nie będzie, bo plaża nie zasłużyła na wyciągnięcie aparatu z plecaka. 
obok Playa Chica
Jak to zwykle bywa, najciemniej było pod latarnia. Pewnego wieczoru podczas spaceru w okolicach portu naszego miasteczka Puerto del Carmen, odkryliśmy niewielką plażę, o tej porze już pustą. Idealnie czysta woda, skały, a także naturalne „mola” ją osłaniające dawały jasne sygnały. O plaży tej jednak najpierw zapomnieliśmy, gdyż mimo wszystko wyglądała raczej niepozornie. Aż do nieudanego wypadu na wspomniana wyżej Playa Flamingo. Po tej porażce nie wiedzieliśmy, co robić i wtedy ktoś (mam nadzieje, ze ja, ale pewnie Philipp) wpadł na pomysł, żeby przetestować to miejsce. Wjechaliśmy na parking, a tam…
obok Playa Chica
co najmniej 5 samochodów szkół nurkowania, około 15 osób, które właśnie wbijało się w pianki albo z nich wydostawało i leżący wszędzie sprzęt, a także niezliczona ilość osób z maską i rurką. Taaak, Playa Chica to zdecydowanie raj dla nurków. 

Playa Chica
Czarno-niebieskie ryby, święcące jak w ultrafiolecie, neonowe zielone, żółte, czerwone i tęczowe. Do tego cale chmary białych i czarno-białych, małych i dużych. I chociaż im dalej na szerokie wody tym lepiej (widoczność niesamowicie dobra, nieważne na jakiej głębokości), ja raczej trzymałam się na tych płytszych wodach, za to Philipp śledził nurków – oni kilka (naście?) metrów pod woda, on nad nimi. 

obok Playa Chica
Do tego, i teraz proszę wstrzymać oddech: Playa Chica posiada ratowników, wypożyczalnię sprzętu i szkołę nurkowania w jednym, TOALETY i prysznic. Nic, tylko rozbijać namiot i zostać tam na zawsze! Zdecydowanie mój hit.
To tyle na dzisiaj, ale do tematu plaż jeszcze wrócę. Może nie do białych, prawie rajskich, ale… a zresztą, zobaczycie sami! 
Playa Chica