Największa zaleta Szwajcarii? Większość mieszkańców
stwierdziłaby najprawdopodobniej: wysoka jakość życia i bliskość natury.
Z kolei osoby będące przejazdem kochają ja przede wszystkim za niesamowite
krajobrazy. Z samiutkiej północy na południe dojedziemy (pociągiem!) w trochę
ponad 4 godziny, czyli teoretycznie w jeden dzień możemy wykąpać się w
Bodeńskim i takim na przykład Lago Maggiore. Albo leżącym obok Lago Maggiore
Lago di Lugano. A miedzy kąpielami zaliczyć jeszcze jakiś górski trekking.
My z północy chętnie opowiadamy o śródziemnomorskim
klimacie panującym nad Jeziorem Bodeńskim (nawet, jeśli ten klimat panuje
przede wszystkim w naszych sercach). Południu trzeba przyznać, że oni ten
klimat naprawdę mają. Okazałe palmy w
każdym ogródku, egzotyczne kwiaty, które przetrwają tylko w cieplejszych
klimatach oraz powiew włoskiego „dolce far niente”. Bo Lugano to takie małe
Włochy. Leżą kawałeczek od włoskiej granicy, we włoskojęzycznym kantonie Ticino
(my z północy mówimy Tessin). I może niezłym pomysłem byłoby odwiedzenie
południowej Szwajcarii podczas pobytu we Włoszech? Jeśli zatrzymacie się w
takim Cannobio nad Lago Maggiore (tam moja mała siostra zostawiła serce i
jeszcze nie miała okazji odebrać), w kilka minut dostaniecie się do
szwajcarskiego Locarno nad tym samym jeziorem bądź właśnie do Lugano nad
jeziorem Lugano. Powód? Szwajcarskie ceny oczywiście. Jeśli jednak będziecie chcieli
zatrzymać się w samym Lugano, zaraz obok dworca kolejowego znajduje się
jednogwiazdkowy (!) hotel/hostel Montarina. Zwykłe pokoje lub sale
wieloosobowe, pokaźny basen na świeżym powietrzu, piękne budynki i piękne
otoczenie. Polecam z całego serca, może w którymś kolejnym wpisie pokażę
jeszcze kilka zdjęć? A jeśli chcecie zobaczyć to teraz, zajrzyjcie do wujka
gugla.
Do Lugano dotarłam w piątek wieczorem. Po pracy w Zurychu
wsiadłam do pociągu i po niecałych 3 godzinach wylądowałem wśród palm. Pierwszy
posiłek? Ogromny kawał gorącej margarity zakupiony zaraz w kiosku przy dworcu –
od razu widać, że Włochy niedaleko. Samo Lugano położone jest na wzgórzach
otaczających jezioro o tej samej nazwie. Bardzo te wzgórza praktyczne, dzięki
nim wiele mieszkańców może pochwalić się fantastycznym widokiem z okna. Wzgórza
oznaczają jeszcze coś: zawsze mamy albo pod górkę, albo z górki, ale akurat w
Szwajcarii nie jest to niczym specjalnym. Problemem jest tylko, że uliczki
chętnie kończą się w najmniej oczekiwanych miejscach, a zejście ze wzgórz w
stronę wody jest nagle zablokowane przez prywatne domy czy garaże. I wtedy
musimy iść znowu do góry i szukać kolejnego zejścia. Najlepiej chyba dać się
poprowadzić miejscowemu albo przynajmniej najpierw zajrzeć do mapy ;).
Lugano odwiedziłam bardzo spontanicznie, dopiero w piątek
bukowałam łóżko, a już w sobotę o 14 czekała na mnie impreza urodzinowa nad
Bodeńskim. Uparłam się jednak, że do Lugano w końcu dotrę (nie tylko
przejazdem). Pojechałam sama, by skoncentrować się na zdjęciach. Zamarzyła mi
się piękna złota godzina wieczorem i druga, tuż po wschodzie słońca. Jednak
wszyscy chyba już wiemy, ze marzenia marzeniami, plany planami, a życie swoje?
Ale i tak było świetnie! A jak siedziałam na dworcu czekając na pociąg
powrotny… to nawet wyszło słońce ;)
Do Lugano pojechałam pociągiem, w końcu strasznie drogi
bilet roczny (abonament generalny) na większość szwajcarskich środków transportu zobowiązuje. Śniadanie zjadłam w
kolejce do Ponte Tresa na włoskiej granicy i dlatego stamtąd tez jest kilka
zdjęć. Zdjęć miało być właściwie o wiele więcej. Najpierw wybrałam 90. Potem
70. W końcu zredukowałam do 39 i wtedy przyszły nożyczki w osobie osobistego,
domowego dyrektora artystycznego. Ciął bez litości, ale chyba z korzyścią dla
wszystkich. Na szczęście pozwolił mi na wrzucenie kolejnego wpisu z wyrzutkami,
co też na pewno zrobię.
PS. Konkurs tylko do 21.06.!
Lugano
