Kuchnia Południowego Tyrolu
Dlaczego nie fotografuję jedzenia
Mam taki problem. Z jednej strony lubię jeść, delektować się, smakować, a potem o tym dla Was pisać. Z drugiej strony mam pewną fobię. Nie potrafię robić zdjęć jedzeniu. Nie lubię, nie mogę, nie chcę. Czasem już już mam wyciągnąć aparat, ale rozejrzę się wkoło i szybko rezygnuję z chęci stania się publicznym pośmiewiskiem. Ja wiem, wiem, wszyscy fotografują jedzenie, ale cóż poradzę, jeśli moja fobia mi na to nie pozwala?
Z niektórych wyjazdów przywożę jakieś zdjęcia. A to ktoś pstryknie, a to ja zrobię przy okazji, jeśli jemy gdzieś na świeżym powietrzu. Jednak w Południowym Tyrolu przebiłam samą siebie. Mam ponad 1000 zdjęć i ani jednej foty jedzenia. Mam za to wspomnienia, którymi MUSZĘ się z Wami podzielić, dlatego... stwierdziłam, że najwyższa pora aby zapoznać Was z moim talantem. Nieczęsto moje rysunki ukazują światło dzienne, nie chcę wzbudzać sensacji. Ludzie dzwonią, piszą listy, płacą grube tysiące... po co mi to? Ale dla Was zrobię wyjątek i podzielę się moim talentem!
Kminek i anyż
Tyle słowem wstępu, czas przejść do właściwego tematu - kuchni Południowego Tyrolu. Dla tych, którzy mają mało czasu, powiem w skrócie: kminek i anyż. Piekielne połączenie. Ostatnią kminkową traumę przeżyłam wiele lat (wieeeele, wiele) na Słowacji, teraz miałam powtórkę z rozrywki. Pieczywo jasne, ciemne, ziarniste czy też nie - wszędzie kminek. I jakby tego było mało, anyż do kompletu.
Surówka z białej kapusty - tak samo. Spędziłam godziny wydłubując kilogramy kminku z mojej surówki, która ci austriaccy Włosi (bądź włoscy Austriacy) dodają do wszystkiego. I wyobraźcie sobie, wcale się nie wstydziłam robić tego w knajpie pełnej gości. W końcu kminek to kminek, a zdjęcia to zdjęcia. NIEPORÓWNYWALNE!
Pizza
Chociaż przebywając w Południowym Tyrolu, ciężko w to uwierzyć, region ten należy do Włoch. Kropka. Toczka. Punkt. A pizza jest tego najlepszym potwierdzeniem. Cieniutka, chrupiąca, mocno pomidorowa. W niczym nie przypominająca naszej polsko-amerykańskiej, grubaśnej, puchatej, która aż krzyczy o dodatkowy sos, tak odsądzany od czci i wiary przez italofilów. Włochy bronią się też różnymi rodzajami ravioli, gnocchi, maccaroni, tortellini, ale to zdecydowanie temat, w którym moja siostra czułaby się u siebie, dla mnie liczy się tylko pizza.
Zupy
Z każdym dodatkowym metrem nad poziomem morza spada temperatura powietrza. To oraz całodzienna aktywność na świeżym powietrzu sprawia, że nawet ci niebędący fanami, w końcu zamarzą o zupie. Na ten moment tylko czekają restauratorzy i serwują zmarźnietym gorące, esencjonalne buliony, pikantną gulaszową i krupnik.
Mięsiwa
Był czas, gdy w ogóle nie jadłam mięsa i cieszę się, że ten okres nie przypadł na mój pobyt w Południowym Tyrolu. Byłoby ciężko. Jedynym uznawanym warzywem jest tam bowiem poszatkowana kapusta, przyprawiona toną kminku (dobry na trawienie) i bardzo często posypana... boczkiem. Inna zielenina występuje, jeśli już, w postaci dekoracyjnej. Na stole bowiem króluje mięso. Dużo mięsa. Tradycyjny austriacki przysmak, czyli sznycel wiedeński, koniecznie podawany z ćwiartką cytryny. Ogromna golonka, oczywiście w towarzystwie surówki z kapusty. No i gulasz, a także wszelkiego rodzaju steki czy znany raczej ze Szwabii Zwiebelrostbraten - stek w sosie, chojnie posypany prażoną cebulą. Do tego bawarska biała kiełbasa, frankfuterki, a dla najmłodszych nagetsy. Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy, warzyw najecie się w domu!
Kluchy, pulpety, knedle?
Po niemiecku Knödel, a po polsku? Za małą mam wiedzę w temacie klusek śląskich i innych pyz, żeby użyć odpowiedniego porównania. Tak czy siak, są to po prostu kulki wielkości mniej więcej pięści (mojej) stworzone ze starego chleba, mleka, jaj i czasem mąki. Zależnie od dodatków, możemy wyróżnić pulpety szpinakowe, serowe bądź ze Speckiem, czyli tradycyjną południowotyrolską surową wędzoną szynką. Serwuje się je jako dodatek do dań (mięsnych oczywiście) bądź jako samodzielny posiłek. Po ugotowaniu można je wrzucić na masełko i posypać parmezanem, jeśli komuś byłoby za dietetycznie. Gorrrąca miłość
Niektóre restauracje oferują Keiserschmarrn, czyli lubiany też w Niemczech niby-omlet z rodzynkami i jabłkami. Niektóre podają strudel z jabłkami. Za to w żadnej karcie nie może zabraknąć... Gorącej Miłości. Chyba tylko po to, żeby kelner mógł co wieczór co najmniej 15 razy usłyszeć: Mam ochotę na... gorrrącą miłość! Ode mnie też usłyszał, a co! A jeśli Wy kiedyś usłyszycie takie wyzwanie, przetrzyjcie trochę malin, podgrzejcie je, dodajcie lody waniliowie i całą konstrukcję zwieńczcie bitą śmietaną. Satysfakcja gwarantowana!
Hugo
No i w końcu, przyszedł czas na Hugo! Napój, którego nie może zabraknąć ani przed posiłkiem, ani po, ani na popołudniowym Apres Ski! Jest wszędzie. I dobrze, bo jest pyszny. Składniki widzicie na rysunku, jednak w pomroczności jasnej zapomniałam o dwóch ważnych elementach: wodzie gazowanej (chociaż można pominąć) i bardzo ważne, syropie z czarnego bzu, który nadaje temu napojowi wyjątkowego smaku. Już kiedyś namawiałam Was na spróbowanie, namawiam więc znowu, pyszny jest!
Mam nadzieję, że trochę się rozerwaliście, trochę douczyliście i trochę pośmialiście. Do leksykonu kuchni Południowego Tyrolu trochę jeszcze temu wpisowi brakuje, jednak wystarczy, że zapamiętacie: kminek, anyż, kapusta, mięcho, kluchy.
Ciao!





























