Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alpy Szwajcarskie. Pokaż wszystkie posty

Tessin ach Tessin, a nawet Ticino

Tekst był... i go nie będzie. 

Za dużo biadolenia, zwieszania głowy, marudzenia. 

Krytyk przeczytał i krytyk powiedział: to nie Ty!

Więc nie przeczytacie, jakie przejścia miewałam ze słonecznym szwajcarskim kantonem Ticino (niem. Tessin).

Nie przeczytacie, jak bardzo wkurzała mnie nieustająca ulewa, zimno, niewykorzystany potencjał foto i nieodbyte wędrówki.

Nie poznacie czarnej strony mocy, o nie!

Zobaczycie zdjęcia, po części z doliny Verzasca, po części z doliny Maggia. Na chwilę ukaże się Lago Maggiore i nawet stolica kantonu - Bellinzona. 

Może zachęcę Was do wyprawy na południe Szwajcarii, a może nie. 

Może zamarzy Wam się polenta i gnocchi w jednej z tessinskich grotti, kto wie.

Oglądajcie, delektujcie się i dajcie znać, jak smakowało!



Rigi Kulm - i wtedy nadeszła zima


Kiedy możemy mówić o rozpoczęciu zimy? Oczywiście, gdy na Rozdrożach pojawią się zdjęcia śniegu!

Tego śniegu miało nie być. Miał być wjazd kolejką linową z koleżanką na stację Rigi Kaltbad i "wellnessowanie". Śnieg miał być u Philippa, bo w końcu to on wybrał się na narciarski weekend do Davos. Podsumowując, on nart nawet do ręki nie wziął, a ja ryzykując koniec przyjaźni, wyleciałam jak oparzona (wynudzona) ze spa i zamieniłam zachmurzone i zamglone 1450 metrów na pełne słońca i zanurzone w śniegu 1800 metrów. W kozaczkach. Krótkich.

Długo zastanawiałam się, jak Wam to piękno pokazać. Ze stu zdjęć zeszłam do siedemdziesięciu, z siedemdziesięciu do pięćdziesięciu. I koniec. Bo przecież chciałam pokazać Wam patent na spędzenie idealnego dnia centrum Szwajcarii. Chciałam pokazać, czym wjechać i dokąd, gdzie zjechać i na jakim bilecie, ale wtedy... zgubiłaby się gdzieś magia tego miejsca.

Umówmy się, że na to przyjdzie pora, już na dniach. Będzie wpis praktyczny, dzieci zjeżdżające na sankach, pociągi wiozące narciarzy w stronę szczytu i krajobraz za oknem kolejki linowej zmieniający się w odstępach sekundowych. Ale dzisiaj... będzie tylko śnieg. I niebeskie niebo. I słońce do syta!

Bez znaczenia, że na dole inny świat. Zachmurzony, zimny, płaczący deszczem. Bez cienia śniegu. Tu mogłam patrzeć na chmury z góry. I ogrzewać się w słonku, o którym na dole mogłabym tylko pomarzyć.

Ale sami zobaczcie.

A jeśli macie ochotę na trochę lata, zajrzyjcie do letniej odsłony Rigi Kulm.

PS. Zdjęcia nie ruszone program do obróbki, za piękne niebieskie niebo odpowiedzialny jest filtr polaryzacyjny, dzięki Mikołaju!


















A na Rigi Kulm jest tak!


Podróżujemy nie aby uciec od życia, tylko aby życie nie uciekło z nas.

Przeczytałam to zdanie i muszę podpisać się pod nim obiema rękami. Niektórzy mówią, że podróże są ucieczką od rzeczywistości. Od płacenia rachunków, zmywania garów, przyszywania guzików, czy chodzenia do pracy. Dla mnie to właśnie podróże, blog, miłość, wieczór przy ognisku, fotografia, rolowanie sushi i wiele innych są rzeczywistością. Cała reszta to obowiązki i środki do celu, nie ugotujesz - nie zjesz, nie zarobisz - nie wydasz. Ale żeby nazwać to życiem? No weź!

Jeśli chodzi o podróże, nie muszą wcale trwać miesiącami. Ani tygodniami. Wystarczy wyjść z domu, pójść w inną niż zwykle stronę, zgubić się w zaułkach i podziwiać. Taki na przykład wpis z zuryskiej Langstrasse powstał wieczorem, po pracy, gdy zamiast jak zwykle wsiąść w tramwaj, poszłam po prostu przed siebie. Zmeczenie ustąpiło prawie natychmiast, zastąpiło je zaciekawienie. Byłam na wakacjach! Kraj, w którym mieszkam, miasto, w którym pracuję, a wszystko całkiem nowe i nieznane.

Albo w weekend. Odkąd mam bilet roczny (kupiony za cenę, która przyprawia o zawrót główy) jeżdżę co tydzień. Pociągami, autobusami, statkami(!), a nawet kolejkami zębatymi i linowymi. Bajka! Jeżdżę sama, bo koszty dla potencjalnego towarzysza byłyby nieziemskie. Do tego moje plany są mocno nieokreślone. Zwykle dopiero na 1-2 godzin przed wyjazdem podejmuję ostateczną decyzję, dokąd się wybiorę, a i tak z pociągu wysiadam przed czasem albo wsiadam na statek zamiast do autobusu. Całe szczęście, że wybieram się sama.

Skłamałabym, gdybym twierdziła, że wszystkie kolejki linowe i zębate są darmowe w ramach abonamentu. Aaaale te na Rigi Kulm są! Zwykłym pociągiem dojechałam do Arth-Goldau i tam przesiadłam się do Rigi Bahn - kolejki zębatej, która miała zawieźć mnie na szczyt Rigi. Podróż trwała około 40 minut, a widoki stawały się coraz piękniejsze. Niewielkie wodospady, jary, migocące tafle jezior, pola, lasy i góry. Robienie zdjęć nie należało, do łatwych, siedzenie wbijało się pod kolana (stromy podjazd!), kolejka poruszała się dosyć szybko, a widoki zasłaniały drzewa.

A potem... cisza. Pomijając azjatyckich turystów, którym musiałam pstryknąć kilka zdjęć do albumu. I pewną starszą Polkę, która nie mogła przeżyć, że "no zobacz, dzieciakowi nawet rajstopek nie założyli!". Jednak kawałek dalej, na samym szczycie, mogłam w pełni podziwiać grę mgły, gór, jezior i światła próbującego przebić się przez chmury. Patrzeć z góry i dziwić się, jaki świat jest piękny. Dać smagać się wiatrowi i porwać niemyśleniu. I zjeść jajko z bułeczką, zestaw, który najlepiej smakuje w okolicach 2000 (w tym wypadku 1798) m n.p.m.

Rigi to masyw górski znajdujący się między Jeziorem Czterech Kantonów, jeziorem Zug i Lauerzersee (kto zna polską nazwę?) w centralnej Szwajcarii. Najwyższy szczyt to właśnie Rigi Kulm, na którym byłam. W drogę powrotną wsiadłam w wagonik do Vitznau, jednak po rozmowie z pracownikiem kolejek wysiadłam na stacji Rigi Kaltbach i mrożącą krew w żyłach kolejką linową zjechałam do Weggis, nad Jezioro Czterech Kantonów. Jednak o tym... w następnym wpisie. Teraz zapraszam do podziwiania widoków z drogi na Rigi Kulm i z samego szczytu. 



















Jak rozpoznać zimę nad Bodeńskim?



Prawdziwa podróż odkrywcza nie polega na szukaniu nowych lądów, lecz na nowym spojrzeniu. - Marcel Proust



UWAGA! Zdjęcia NIE przedstawiają sytuacji nad Bodeńskim, a w Alpach!

W życiu nie wybaczę mojej chrzestnej, że za każdym razem, gdy dzwoniła do nas zimą, opowiadała o zaspach i "zimie stulecia" nad Bodeńskim. Nad Bodeńskim, które do tej pory widywałam (ale od razu pokochałam) tylko latem i które dzięki jej opowieściom stało się w mojej wyobraźni pełną tajemnic, zaśnieżoną Narnią. W mojej głowie wody jeziora przez mniej więcej pół roku skute były lodem, a łyżwiarze odwiedzali domy stojące na brzegu i raczyli się grzańcem. Śnieg leżał przynajmniej do marca, a było go tyle, ile w najwyższych miejscach Alp (w końcu Aly znajdują się rzut beretem stąd). 


W lutym 2008 stało się. Spakowałam manatki i wylądowałam w Konstanz. Trochę zdziwił mnie fakt, że w połowie lutego spędziłam całkiem miłe popołudnie nad Renem - bez swetra i nawet bez skarpet. Zdarza się, myślałam. Kolejne lata to pełne mgieł jesienie i ciemne, smutne zimy. Czasem zdarzyło się nawet, że w nocy sypnęło śniegiem, jednak zazwyczaj rano nie było już po nim śladu. Pewnego dnia, w końcu, doznałam olśnienia: Jezioro Bodeńskie to ogromny zbiornik wodny, który przez całe lato kumuluje ciepło, tak aby zimą je oddawać. Stąd te mgły i stąd śnieg, który zdąży roztopić się już w locie... No pięknie. Gdzie ja wylądowałam???

Cóż, czasu nie cofnę, ale przynajmniej moja wiedza się na coś przyda. Jeśli wylądujecie nad Bodeńskim, będziecie wiedzieć, że przyszła zima, gdy:



1. Na pchlim targu zobaczycie pierwsze bombki choinkowe. Nie musicie wtedy z szalonym błyskiem w oku szukać ukrytej kamery - po prostu na 99% gdzieś w górach już spadł śnieg - logiczne, prawda?


2.  Jeśli nie jesteś fanów pchlich targów, możesz łatwo przegapić ten moment. W środku października wybierzesz się na spacerek górskim szlakiem i z lekkim zaskoczeniem stwierdzisz, że zapadasz się w śnieg po kolana. (To też nie jest sprawka ukrytej kamery.)



3. No ok, załóżmy, że góry oglądasz tylko w TV (ogromny błąd, jeśli akurat jesteś nad Bodeńskim!), a punkt drugi Cię nie dotyczy (nie kupujesz rzeczy po kimś - brrr), najpóźniej wtedy zorientujesz się, że przyszła zima, gdy przejeżdżające samochody będą miały śnieżne czapy bądź na ulicy zobaczysz niezidetyfikowane, za przeproszeniem, kupki śniegu.




4. Może się zdarzyć, że i w to nie uwierzysz. Ostatecznym argumentem powinien być wtedy śnieg leżący w promieniu co najmniej 10 km od Bodeńskiego - obojętnie, w która stronę się skierujesz - nie dasz rady go ominąć.



5. Załóżmy, iż upierasz się przy innej opcji - to nie śnieg, to coś innego, może mąka? Jednak nie dasz rady wytłumaczyć faktu, iż na KAŻDYM (no prawie) rogu wpadasz na stoisko oferujące pyszne, jeszcze gorące jadalne kasztany. 


6. Kolejna prawda nie do podważenia - sąsiedzi wystawili na klatkę kwiaty doniczkowe. (Mamy to szczęście, że zimową porą na każdej klatce stoi po kilka doniczek z pięknymi często roślinami. I prawie żadnych cuchnących traperów, juhu!)


7. W temacie klatek: regularnie jak w zegarku na drzwiach piwnicy pojawia się karteczka: prosimy o zamykanie drzwi w tym zimnym okresie. (To nic, że nasza kartka wisiała całe lato i jakoś przed kilkoma dniami dopiero znikneło. Oznacza to tylko, że trzeba jak najszybciej odwołać zimę!).




8. Na ulicach wonieją brudne skarpety (przepraszam, ser raclette miałam na myśli - kocham!) i sto tysięcy rodzajów grzańca. Oznacza to nie mniej nie więcej, że zima jest wtedy, gdy przychodzisz do domu pijany i śmierdzący ;)



9. Zapomniałam. Może to, że w spowijającej cały świat mgle co jakiś czas widzisz samochody wiozące narty na dachu? Tak, to chyba to.


10. W sklepach pojawia się "młoda, polska gęś" (teściówka in spe ma co roku ubaw po pachy i chyba się zapłacze, jak któregoś roku nie będzie miała, bo to by oznaczało, że się zestarzałam...), a to mówi nam, że Święta za pasem. A jak Święta to i zima. Et voilà!



PS. Czytanie umilily Wam zdjęcia Philippa z wyprawy na narty w okolicy Säntis.