Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia. Pokaż wszystkie posty

Borough Market i słówko o angielskim jedzeniu


Kiedy nikt mnie nie czytał, miałam wrażenie, że mogłam pisać wszystko. Teraz powoli czuję, że nie powinnam pisać o niczym, bo zawsze ktoś może poczuć się urażony. I niektóre wpisy odkładałam na później albo na świetego nigdy... Jednak pora to zmienić.

Bo to mój ogródek, moja działka i moje grabki. Grabię nimi sobie, ale grabię dla Was, bo sama swoje myśli znam ;) 

Zapraszam w podróż pełną jedzenia i zawirowanych myśli!

No bo tak: nie zgadzam się z tym, że w Anglii nie można zdrowo zjeść. Nie zgadzam się z tym, że zdrowe jedzenie jest drogie. 

A dlaczego? Bo zwykle są to słowa wypowiadane przez Polaka z fajką z ustach i puszką piwa w ręku (wiecie, ile piwo i fajki kosztują w UK? Szoook), który marudzi, że chleb za 50 pensów jest paskudny. I oczywiście: w Polsce to jest wszystko zdrowe, Polska mlekiem i miodem płynie (tylko naturalnym), a polski chlebek to manna z nieba. I do tego za złoty pińdziesiąt.

Tylko, że: 1. z jakiegoś powodu opuścił Polskę (zakładam, że na masełko do chlebka nie wystarczyło), 2. raczej nie ma zamiaru wracać (po co w takim razie porównania?), 3. zarabia kilka razy więcej niż w Polsce, dlaczego więc za chlebuś ma płacić tak samo?

A dlaczego by raz nie zrezygnować z paczki fajek i kupić kilo ryby na targu, bochenek dobrego chleba (choćby za te 4 funty) i trochę sezonowych warzyw u rolnika (bądź na ryneczku)? I jeśli ktoś powie: paaaaani, mój chłop to 2 bochenki na śniadanie zjada, zbankrutowałabym... To ja powiem: chleb to niezdrowy zapychacz, a do szczęścia wystarczy nam posiłek wielkości naszej pięści - byle odżywczy. 

Wiadomo, łatwiej jest wyskoczyć do sklepu za rogiem i wrzucić mrożonkę do koszyka. Albo podgrzać dziecku makaron z serem, bo lubi. I dorzucić do tego plastikowego pomidora z supermarketu. Jednak jesteśmy tym, co jemy i warto czasem zrezygnować z używek czy gadżetów i zainwestować w zdrowie, zamiast szukać wymówek. Na pewno się opłaci.

A tak na zrobienie smaka: kilka zdjęć z najdroższego pewnie rynku w Londynie - Borough Market. Znajdziecie go zaraz obok najwyższego budynku Unii Europejskiej (The Shard) i katedry Southwark - jednego z najstarszych kościołów Londyny. Jego dziedziniec nadaje się idealnie na piknik, nikomu nie przeszkadza fakt, że większość przychodzących na rynek na lunch, spożywa go właśnie tam.

A co oferuje Borough Market? 

Ser dojrzewający w winie musującym, niemieckie kiełbaski, świeże ryby, owoce i warzywa, a także mnóstwo gotowych potraw, idealnych na szybki lunch. Są angielskie paszety, wegetariańskie kotlety, szwajcarskie raclette, kuskus z dodatkami i sto innych rzeczy. Popić to można na przykład świeżoprzygotowanym smoothie z owoców - przepysznym! Miłego smakowania!

PS. Jeśli chcecie zobaczyć i spróbować wszystkiego, co rynek oferuje, musicie wybrać się na niego pomiędzy środą a sobotą. W niedzielę jest nieczynny, a w poniedziałek i wtorek zamknięte jest wszystko oprócz budek z jedzeniem, więc nie ma szans na kupienie np. warzyw. 
























Kuchnia Południowego Tyrolu


Dlaczego nie fotografuję jedzenia


Mam taki problem. Z jednej strony lubię jeść, delektować się, smakować, a potem o tym dla Was pisać. Z drugiej strony mam pewną fobię. Nie potrafię robić zdjęć jedzeniu. Nie lubię, nie mogę, nie chcę. Czasem już już mam wyciągnąć aparat, ale rozejrzę się wkoło i szybko rezygnuję z chęci stania się publicznym pośmiewiskiem. Ja wiem, wiem, wszyscy fotografują jedzenie, ale cóż poradzę, jeśli moja fobia mi na to nie pozwala? 


Z niektórych wyjazdów przywożę jakieś zdjęcia. A to ktoś pstryknie, a to ja zrobię przy okazji, jeśli jemy gdzieś na świeżym powietrzu. Jednak w Południowym Tyrolu przebiłam samą siebie. Mam ponad 1000 zdjęć i ani jednej foty jedzenia. Mam za to wspomnienia, którymi MUSZĘ się z Wami podzielić, dlatego... stwierdziłam, że najwyższa pora aby zapoznać Was z moim talantem. Nieczęsto moje rysunki ukazują światło dzienne, nie chcę wzbudzać sensacji. Ludzie dzwonią, piszą listy, płacą grube tysiące... po co mi to? Ale dla Was zrobię wyjątek i podzielę się moim talentem!


Kminek i anyż 


Tyle słowem wstępu, czas przejść do właściwego tematu - kuchni Południowego Tyrolu. Dla tych, którzy mają mało czasu, powiem w skrócie: kminek i anyż. Piekielne połączenie. Ostatnią kminkową traumę przeżyłam wiele lat (wieeeele, wiele) na Słowacji, teraz miałam powtórkę z rozrywki. Pieczywo jasne, ciemne, ziarniste czy też nie - wszędzie kminek. I jakby tego było mało, anyż do kompletu. 


Surówka z białej kapusty - tak samo. Spędziłam godziny wydłubując kilogramy kminku z mojej surówki, która ci austriaccy Włosi (bądź włoscy Austriacy) dodają do wszystkiego. I wyobraźcie sobie, wcale się nie wstydziłam robić tego w knajpie pełnej gości. W końcu kminek to kminek, a zdjęcia to zdjęcia. NIEPORÓWNYWALNE! 

Pizza


Chociaż przebywając w Południowym Tyrolu, ciężko w to uwierzyć, region ten należy do Włoch. Kropka. Toczka. Punkt. A pizza jest tego najlepszym potwierdzeniem. Cieniutka, chrupiąca, mocno pomidorowa. W niczym nie przypominająca naszej polsko-amerykańskiej, grubaśnej, puchatej, która aż krzyczy o dodatkowy sos, tak odsądzany od czci i wiary przez italofilów. Włochy bronią się też różnymi rodzajami ravioli, gnocchi, maccaroni, tortellini, ale to zdecydowanie temat, w którym moja siostra czułaby się u siebie, dla mnie liczy się tylko pizza. 


Zupy

Z każdym dodatkowym metrem nad poziomem morza spada temperatura powietrza. To oraz całodzienna aktywność na świeżym powietrzu sprawia, że nawet ci niebędący fanami, w końcu zamarzą o zupie. Na ten moment tylko czekają restauratorzy i serwują zmarźnietym gorące, esencjonalne buliony, pikantną gulaszową i krupnik. 



Mięsiwa

Był czas, gdy w ogóle nie jadłam mięsa i cieszę się, że ten okres nie przypadł na mój pobyt w Południowym Tyrolu. Byłoby ciężko. Jedynym uznawanym warzywem jest tam bowiem poszatkowana kapusta, przyprawiona toną kminku (dobry na trawienie) i bardzo często posypana... boczkiem. Inna zielenina występuje, jeśli już, w postaci dekoracyjnej. Na stole bowiem króluje mięso. Dużo mięsa. Tradycyjny austriacki przysmak, czyli sznycel wiedeński, koniecznie podawany z ćwiartką cytryny. Ogromna golonka, oczywiście w towarzystwie surówki z kapusty. No i gulasz, a także wszelkiego rodzaju steki czy znany raczej ze Szwabii Zwiebelrostbraten - stek w sosie, chojnie posypany prażoną cebulą. Do tego bawarska biała kiełbasa, frankfuterki, a dla najmłodszych nagetsy. Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy, warzyw najecie się w domu!


Kluchy, pulpety, knedle?

Po niemiecku Knödel, a po polsku? Za małą mam wiedzę w temacie klusek śląskich i innych pyz, żeby użyć odpowiedniego porównania. Tak czy siak, są to po prostu kulki wielkości mniej więcej pięści (mojej) stworzone ze starego chleba, mleka, jaj i czasem mąki. Zależnie od dodatków, możemy wyróżnić pulpety szpinakowe, serowe bądź ze Speckiem, czyli tradycyjną południowotyrolską surową wędzoną szynką. Serwuje się je jako dodatek do dań (mięsnych oczywiście) bądź jako samodzielny posiłek. Po ugotowaniu można je wrzucić na masełko i posypać parmezanem, jeśli komuś byłoby za dietetycznie. 



Gorrrąca miłość


Niektóre restauracje oferują Keiserschmarrn, czyli lubiany też w Niemczech niby-omlet z rodzynkami i jabłkami. Niektóre podają strudel z jabłkami. Za to w żadnej karcie nie może zabraknąć... Gorącej Miłości. Chyba tylko po to, żeby kelner mógł co wieczór co najmniej 15 razy usłyszeć: Mam ochotę na... gorrrącą miłość! Ode mnie też usłyszał, a co! A jeśli Wy kiedyś usłyszycie takie wyzwanie, przetrzyjcie trochę malin, podgrzejcie je, dodajcie lody waniliowie i całą konstrukcję zwieńczcie bitą śmietaną. Satysfakcja gwarantowana!


Hugo


No i w końcu, przyszedł czas na Hugo! Napój, którego nie może zabraknąć ani przed posiłkiem, ani po, ani na popołudniowym Apres Ski! Jest wszędzie. I dobrze, bo jest pyszny. Składniki widzicie na rysunku, jednak w pomroczności jasnej zapomniałam o dwóch ważnych elementach: wodzie gazowanej (chociaż można pominąć) i bardzo ważne, syropie z czarnego bzu, który nadaje temu napojowi wyjątkowego smaku. Już kiedyś namawiałam Was na spróbowanie, namawiam więc znowu, pyszny jest!



Mam nadzieję, że trochę się rozerwaliście, trochę douczyliście i trochę pośmialiście. Do leksykonu kuchni Południowego Tyrolu trochę jeszcze temu wpisowi brakuje, jednak wystarczy, że zapamiętacie: kminek, anyż, kapusta, mięcho, kluchy. 
Ciao!

Przepis na serowe fondue



Nie wiem, jak mi się to udało do tej pory nie podzielić się z Wami przepisem na tą królową wszystkich potraw - serowe fondue!


Szybko naprawiam ten błąd, dlatego mam nadzieję, że wybaczycie ;) Zdjęcia pochodzą z internetu, bo wiecie, jak to u mnie z fotografowaniem jedzenia... zjem zanim wyciągnę aparat. A sam przepis jest idealny na długie zimowe wieczory, gdy za oknem trzaska mróz... albo i nie! Fondue jest idealne niezależnie od pory roku. 


www.victoria-davos.ch


Składniki dla 4 osób:

300g sera Gruyère (może być też Appenzeler)
300g sera Emmentaler (szwajcarski, powinien być dosyć stary)
1 ząbek czosnku
300 ml białego, wytrawnego wina
1 łyżka mączki kukurydzianej czy kartoflanej
2 łyżki wiśniowego destylatu (Kirschwasser) - możemy też pominąć bądź zastąpić wódką
pieprz czarny
szczypta gałki muszkatołowej 
szczypta słodkiej papryki


www.npire.de


Przygotowanie:


Bierzemy garnek. Może być prawdziwy do fondue, ceramiczny, może być zwykły, po prostu z grubym dnem. Przekrajamy czosnek i nacieramy nim naczynie. Wlewamy wino, dodajemy mączki i POWOLI podgrzewamy. Ścieramy sery i POWOLI dodajemy do wina (możemy też najpierw namoczyć ser w winie i zacząć podgrzewać wszystko razem). Ciągle mieszamy. Czosnek przeciskamy przez praskę i dodajemy do sera. Wlewamy Kirschwasser. Nadal mieszamy, aż zacznie lekko bulgotać.


www.holidaycheck.de


Uwagi:


Wino MUSI być wytrawne, ostatnio przeczytałam propozycję ze słodką maderą - nie idźcie tą drogą. Może się zdażyć, że wino nie jest wystarczająco "kwaśne", wtedy można dodać trochę soku z cytryny. Mączka kukurydziana czy kartoflana być powinna, bo odpowiada za kremowość masy (nie jak czasem piszą, jej gęstość). Sery powinny być starsze, młodziutkie nie bardzo się nadają. 


www.spektrum-geroldswil.ch


Sposób podania:


Garnek prosto z ognia ląduje na stole (jeśli macie takie specjalne podgrzewacze - świetnie, jeśli nie - nie ma problemu, ale może będziecie musieli w międzyczasie jeszcze raz podgrzać ser). Każdy dostaje talerzyk i widelec (te długie, do fondue, ułatwiają trochę sprawę, ale nie są koniecznie). Na stole znajdują się dodatki, które maczamy w serze. A same dodatki? To może być wszystko! My kochamy mix z pokrojonego w kostkę chleba (bagietki), banana, ogórków konserwowych i podsmażonych kiełbasek. Można jeszcze dodać małe ziemniaki gotowane w mundurkach, paprykę, ananasa, winogrona, daktyle, szynkę... Możecie spuścić wyobraźnię ze smyczy, a nie pożałujecie. I zanim ktoś powie, że banany z serem to bleee, niech najpierw spróbuje ;)



Dynie na Halloween i... zupę!



~~~ Uwaga ~~~ 
wszystkie zdjęcia pochodzą z serwisu Pinterest - mojego nowego uzależnienia. Zajrzyjcie, a nie pożałujecie ;) A jeśli najedziecie myszką na jakiekolwiek zdjęcie w blogu, będziecie mogli bezpośrednio przypiąć je na swojej tablicy. 


Kiedy byłam dzieckiem, październik był dla mnie niezbyt przyjemnym miesiącem. Zaczynała się plucha, zimne wiatry, za oknem słychać było pierwsze krakanie wron, a do tego nieuchronnie zbliżał się 1 listopad. Święto Zmarłych. Chociaż wierzyłam w nieśmiertelną duszę, nie mieściło mi się w głowie, że dusze moich bliskich czekają na zimnym cmentarzu na moje odwiedziny. Wołałam czcić ich w domowym zaciszu, do tego częściej niż raz do roku. Wyjście na cmentarz kojarzyło mi się z ogromnymi korkami na ulicach, niesamowitych tłokiem w autobusach, błotem w alejkach, przeszywającym wiatrem, a nawet przymrozkami. Pamiętam przygaszona atmosferę, szare niebo i smutne twarze. Nie obraziłabym się, gdyby tak jak w Rosji czy Meksyku, na cmentarzu urządzić przyjęcie na cześć bliskich, pic i jeść na ich chwale i wspominać same dobre chwile. Pewnie dlatego z niejaka ulga powitałam jako nastolatka nowa u nas tradycje - Halloween. 

 

Historia Halloween sięga blablablaitaknikttegonieczyta, a najnowsze tradycje wywodzą się z... Irlandii. To właśnie irlandzcy emigranci w USA kultywowali swoje zwyczaje, a także je rozwijali. To właśnie od nich przejęli je Amerykanie i reszta świata. Wigilia Święta Zmarłych to symboliczne zakończenie lata i noc, w której zbłąkane duchy powinny znaleźć drogę do domu. Dlatego my przebieramy się i straszymy, aby chronić się przed tymi, które nie życzą nam dobrze. I... aby się po prostu dobrze bawić!


Uwielbiam imprezy halloweenowe, ale takie z klimatem. Najlepiej w starym zamku albo piwnicy, z wymagającymi dekoracjami i przebierańcami. I jak co roku mam problem, bo nie znajduję nic, co odpowiadałoby moim oczekiwaniom. Może w tym roku?
Może, może, chętnie Wam o tym opowiem, jeśli się uda ;) A na razie zapraszam na przepyszna zupę, oczywiście z dyni, którą ugotowałam właściwie przez przypadek, bo akurat miałam w domu wszystkie składniki.


Składniki dla 4 osób: 

2 czerwone cebule
kawałek świeżego imbiru
dynia hokkaido
kilka ziemniakow
3 łyżeczki oleju
500 ml bulionu warzywnego
mały, dojrzały melon (właściwie obojętne, jaki)
200 ml świeżowyciśniętego soku z pomarańczy
200 g kwaśnej śmietany
4 łyżeczki soku z cytryny
sol, pieprz (w przepisie zielony)
2 łyżeczki pasty wasabi


Przygotowanie:

1. Cebule i imbir obrać, drobno posiekać. Z dyni usunąć środek łącznie z pestkami, pokroić w małe kawałki i NIE OBIERAC (wiele osób mówiło mi, ze to logiczne i dyni hokkaido nie da się obrać, ale mi się to naprawdę udało. Nic to, ze zajęło mi to wtedy kilka godzin, a w ostateczności spaliłam jeszcze całą zupę. Na szczęście zdążyłam się juz pozbyć traumy z tym związanej). 


2. Olej podgrzać w garnku, wrzucić cebulę i dusić 4-5 minut. Dodać imbir i dynię, krotko podsmażyć. Zalać bulionem i zagotować. Dorzucić ziemniaki, gotować około kwadransu, aby zmiękły. Melona obrać, usunąć pestki i pokroić grubo. 


3. Zmiksować zupę (najpierw trochę przestudzić, aby nie stępić noży). Dodać melona, sok pomarańczowy i połowę śmietany (pominęłam) i jeszcze raz zmiksować. Chwile podgrzać, dodać sok z cytryny, sol i pieprz.

dynia hokkaido
4. Resztę śmietany wymieszać z wasabi i szczyptą soli, następnie udekorować zupę niewielką ilością mieszanki (juz na talerzu, radzę najpierw spróbować).


SMACZNEGO!



Jesienne gotowanie



Jesień to czas grzybobrania, ludzików z kasztanów i jarzębiny. To czas rozpływających się w ustach śliwek, pysznych gruszek i zupy z dyni.
Dla mnie jest to również czas eksperymentowania w kuchni, gdyż chłodniejsze dni idealnie nadają się do zostania w domu i rozpieszczania siebie oraz najbliższych.
Mój Najbliższy rozpieścił mnie ostatnio prawdziwym „Niebem w gębie”. Chociaż przepisu nie wymyślił sam, tylko użył książki kucharskiej jako inspiracji, dostał ode mnie 10 punktów za odwagę i 11 za smak (na 10)!
Połączył bowiem kurki… z borówkami. Idealne! Chcecie przepis?

Ragout kurkowe z borówkami

Składniki


600 g kurek
1 łyżka maki
3 szalotki
1 łyżka masła
200 ml śmietany
200 ml bulionu warzywnego
garść borówek
1 łyżka posiekanej zielonej pietruszki
2 łyżki soku z cytryny
sól, pieprz

Przygotowanie

Kurki oczyścić pobieżnie, obsypać mąką (mąka wiąże brud) i zalać wodą, potem przepłukać na sitku i już czyste porządnie osuszyć. Poddusić na maśle, po 5 minutach dodać posiekane szalotki. Dusić kilka minut, dodać śmietany i bulionu, podgotować na średnim ogniu. Dodać borówki i  pietruszkę, doprawić cytryną (im więcej, tym lepiej, jest wtedy pięknie kwaśne), solą i pieprzem. Podawać z kluskami (śląskie, nioki, makaron, cokolwiek). Opcja ze świeżą bagietką przypadła nam jednak najbardziej do gustu.
Co sadzicie o tym połączeniu? Próbowaliście? Spróbujecie?

tak to powinno wygladac

tak wygladalo moje (Phila bylo zdecydowanie ladniejsze, ale dowodow brak!)

A to juz znacie?

1. Nocne życie Andaluzj
2. Kuchnia Andaluzji
3. Kuchnia Lanzarote


Kuchnia Andaluzji


Jesteście głodni? Przygotowałam dla Was subiektywny przewodnik po kulinariach Andaluzji, dlatego wchodzicie na własną odpowiedzialność ;)


CO JEŚĆ?


Zdecydowanie owoce morza i ryby


Kuchnia Andaluzji to grillowane i wędzone sardele, panierowane i smażone w głębokim tłuszczu ośmiorniczki, muszle, krewetki i krewety, langusty w cieście i inne ostrygi. Wszystko świeżoprzygotowane, z kapką oliwy (albo tabasco - to dla ostrych zboczeńców) i polane sokiem z cytryny. Ale uwaga! Potrawa powinna wylądować na stole sauté, jeżeli nasze owoce morza zasypane są górą przypraw i pływają w soku z cytryny, możemy założyć, że nie karmią tu zbyt świeżo i czym prędzej zmienić knajpkę. Na wybrzeżu (chociaż zakładam, że gdzie indziej też) macie również możliwość kupienia świeżej i niedrogiej ryby bądź innych owoców morza - wystarczy mały grill i prawdziwa uczta gwarantowana!

Zupy


Koniecznie spróbujcie zupy rybnej - to mus. Esencjonalna, pełna różnych rodzajów muszli i kawałków ryby, po prostu pycha! Druga na liście (ale nie w sercu, w sercu wszystkie są równe!) jest zimna zupa pomidorowa - gazpacho. Świeża, z pomidorów pachnących słońcem, kolejny punkt obowiązkowy. I w końcu ajo blanco - zimna królowa pachnąca czosnkiem. Przygotowywana z czosnku (brawo dla domyślnych!), migdałów, białego chleba i oliwy, czasem winogron - niebo w gębie! 


Ziemniaki


I tu trzeba obalić pokutujący w Niemczech mit, że Polska to Kartoffelland. A także mit pokutujący w Polsce, że Niemcy to Kartoffelland. Bowiem... Andaluzyjczycy nie są lepsi! Ich patatas bravas, czyli podgotowane i usmażone w głębokim tłuszczu ziemniaki podawane z sosem pomidorowym i majonezowym czy ogromna ziemniaczano-jajeczna tortilla to przecież kwintesencja kartoflatowości!

Kiełbasy i szynki


Chorizo, kaszanka czy szynka serrano - miłośnicy mięsiw wyjdą tu na swoje.

Sery


Uch i ach, musicie uwierzyć na słowo. Rozpływające się na języku kozie, pyszne owcze i twarde, bardzo aromatyczne sery żółte. Wow. 

Słodycze


Tu radzę zachować ostrożność, bo wszystko jest niesamowicie słodkie. Jogurt owocowy kupiony w sklepie może wywołać szok insulinowy. Soki, słodkie wypieki - tak samo. Ale grzechem byłoby nie spróbować np. lokalnych churros. 

Tapas


Hiszpańskie "raz-w-mordeczkę" (czasem nawet dwa bądź trzy). Niedrogie, podawane często jako dodatek do piwa, sięgają od prostoty kilku oliwek wrzuconych do miseczki do kompletnego dania, np. duszonego mięsa w miniaturze. Sałatka, owoce morza, kuskus z dodatkami - wszystko można podać jako tapa. Ok, warzywa się jakoś nie sprawdzają, może są za zdrowe? ;)

GDZIE JEŚĆ?


W barach tapas - szklaneczka piwa i małe talerzyki, telewizor z obowiązkową piłką nożną, głośne tłumy i serwetki na podłodze - to ma swój klimat! Taki jak na przykład El Pulguilla w Nerja - za 1,50 dostaniecie piwo i tapa, a jeśli zamarzycie o spokoju i prawdziwej kolacji, po prostu przeniesiecie się na tył baru, gdzie działa normalna... restauracja. Taka ze stolikami, przy których można usiąść i bez telewizora, za to z kelnerami. Mała podpowiedź: wybierzcie kilka dań, najlepiej po pół porcji, wylądują na środku stołu i każdy będzie mógł ich spróbować!
Albo w takim małym, niepozornym barze w Torrox Pueblo. Wygląda niepozornie, ma tylko trzy plastikowe stoliki na zewnątrz, ale 3 osoby potrafią się w nim najeść i napić za 10 euro. I to jak! A może się też zdarzyć, ze nagle zostaniecie w barze sami, bo właściciel i wszyscy goście przyłączyli się do przechodzącego właśnie obok konduktu pogrzebowego. Zdarzyło się i to!
Albo taka La Bodeguilla we Frigilianie. Tak właściwie są to dwie restauracje. Jedna przy głównej uliczce, duża z tarasem. Druga - schowana za kościołem, ma tylko kilka stolików na pięknym wewnętrznym dziedzińcu i obsługiwana jest przez właścicielkę we własnej osobie i jej cztery córki, które gotują na miejscu, czyli w domowej kuchni. Aby zapłacić, należy wejść do środka i czekając na resztę (uwaga, zwykle nie maja reszty) podziwiać zdjęcia ze chrztów, komunii i ślubów. 

GDZIE NIE JEŚĆ?


Wiedziałam, ale zapomniałam. Serio! Może mi się jeszcze przypomni? W zasadzie możecie jeść wszędzie, ale moim zdaniem najlepsze są miejsca z duszą. Te rodzinne, prowadzone od lat, z grupą stałych bywalców komentujących gdzieś w kacie ostatnie wydarzenia. Te, w których coś się dzieje, ktoś coś głośno opowiada, ktoś się śmieje, a z kuchni słychać trzaskanie talerzy! 

KIEDY JEŚĆ?


Obiad - grubo po południu, kolacje - krotko przed północą (no ok, od około 22). Śniadanie - jak się wyśpicie ;)

 A CO PIĆ?


Piwo - San Miguel i Cruzcampo będą walczyć o Wasze podniebienia podane w niewielkich, spoconych szklaneczkach. Tak, abyście zdążyli je wypić, zanim będą ciepłe. 
Tinto de verano - czerwone, wytrawne wino, do tego gazowana lemoniada, kilka plasterków cytryny i lód. 
Sangria - nie muszę chyba przedstawiać?
A do tego hektolitry wody - konieczne w upały!

A JAK ZAMAWIAĆ?


Najlepiej po hiszpańsku!

Pamiętajmy tylko, że "j" to "h", a "h" nie istnieje! Przykłady? Ajo czyta się aho. Ale huevo - uevo. Hola! - Ola!
Za to "ll" czytamy jak "j" - paella to paeja!
Pamiętajmy też, że duże piwo to nasze małe, a małe piwo to nasza setka wódki, jeśli chodzi o rozmiar ;)
Dwa najważniejsze słówka: por favor i gracias, resztę przeczytacie po prostu w karcie!

SMACZNEGO

PS. Zapomniałam o paelli! Jak ja mogłam… Na pocieszenie dostaliście zdjęcie gigantycznej wersji ;)

Inne w temacie kuchni



Inne w temacie Andaluzji






Pulpo a la gallega

El Pulguilla w Nerja - zdjecia u gory pochodza stad

gazpacho

migas z chorizo, kaszanka i jajkiem

kaszanka i domowe ziemniaczki

wnetrze prowadzonej w domu restauracji La Bodeguilla - zdjecia u gory pochodza stad

przed domem wlascicielek La Bodeguilla

ups, troche tu nie pasuje, aaaaale przypyszna kuchnia indyjska - prosto z Malagi

Paella

tapa!

i tapa

i tapa (salatka rosyjska)

i jeszcze raz tapa!

oraz last but not least...