Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hiszpania. Pokaż wszystkie posty

Ballada o szelmie Victorze


Victor to szelma. Nie wiem, czy to mamuśka go na taką szelmę wychowała, czy dopiero w hiszpańskiej guardii civil tak mu się spryt wyrobił. Kto go tam wie? Ja wiem tylko, że spotkałam go na swojej drodze raz i kolejne dwa tygodnie robiłam wszystko, żeby już go nie spotkać. I najchętniej pogrzebałabym go gdzieś w bardzo niedostępnych zakamarkach pamięci, ale od czego ma się bloga? Właśnie od tego, żeby każdą porażkę nagłośnić, upublicznić, wysłać w świat. Żebym i ja już o tym nie zapomniała, ani Wy. Takie życie.



Historia, którą Wam przedstawię może nie trzyma od początku do końca w napięciu, a i Was samych pewnie gorsze rzeczy w drodze spotkały. Jednak to właśnie Victor i jego nieugięta postawa sprawiły, że miałam ochotę wracać do domu. NATYCHMIAST. Porzucić andaluzyjską hacjendę, widoki z której możecie podziwiać w tym wpisie. Odwrócić się od słońca i biec w stronę jesieni. Olać wszystko i iść do pracy. No ale od początku ;)

Widok z tarasu

Bodajże 19 września roku pańskiego 2014 (w piątek, bo to ważne) wylądowaliśmy na lotnisku w Maladze. Odebrał nas „znajomy“, który zdarł z nas tyle za przewóz, że spokojnie mogę przestać nazywać go znajomym, który nas podwozi ;) Hacjenda teściów (bo do niej się wybieraliśmy) leży w takim miejscu, że ani autobus tam nie dojedzie, ani taksówkarz nie wjedzie, więc siłą rzeczy trzeba kombinować.

Widok z tarasu vol. 2

Ale, dotarliśmy! Bagaż rzucamy w kąt i napawamy się widokiem. Jednak, nie samymi widokami człowiek żyje, przydałoby się cos zjeść (podróż była długa, zamiast z Zurychu lecieliśmy z Genewy, żeby zaoszczędzić na biletach). I to był nasz wyrok. Ale po kolei.

Wsiedliśmy do starego, wysłużonego przez różne szwajcarskie służby, Pucha. (Zdjęcie na samym dole, bo niestety, oprócz samochodu, ukazuje ono tez niedoskonałości mojej sylwetki. Więc może w ogóle nie patrzcie?) Puch nie ma może klimy, jeśli siedzisz z tylu, na dosyć niewygodnych ławkach, może się zdarzyć, ze porządnie obijesz sobie głowę. Ale! Puch ma jedna zaletę, jeszcze nikt nigdy nie wymusił na nim pierwszeństwa. Na południu Hiszpanii, wyobrażacie sobie?

Vol. 3 i sławetna droga

Także wsiadamy do Pucha. Jedziemy do Torrox Costa na zakupy. Przejeżdżamy przez nasze wertepy, gdzie oprócz zdziczałej plantacji awokado i winogron, zdziczałych psów i kotów oraz zdziczałych domostw nie ma za dużo. Docieramy do mocno krętej i długiej drogi prowadzącej do cywilizacji. Już prawie jesteśmy na miejscu, już czujemy zapach churros i owoców morza docierających z licznych restauracji przy plaży… gdy zatrzymuje nas patrol hiszpańskiej guardia civil. A raczej Victor, w towarzystwie kolegów.

Vol. 4

Victor szelma zaczął z uśmiechem i spytał, czy my na wakacjach. Drugie pytanie: a jak dotarliście? No samolotem… I się rozpętało! A samochód skąd? No od taty. A tata gdzie? No raz tu, raz tam… I zanim się zorientowaliśmy (bo głodni i zmęczeni byliśmy, nawet nie pomyśleliśmy, skąd ten small talk!), pisał już raport, że samochód na szwajcarskich blachach, na pewno już dłużej niż rok stoi w Hiszpanii… Do tego zajrzał sobie przypadkiem do samochodu, a tam: maczeta. No prawie. Wielkie nożysko. Zanim wyskoczyłam ze szczerym: to do obrony, Philipp uratował sytuację: liście palmie obcinaliśmy i się zawieruszył. Victor machnął ręką. Przynajmniej to.

Vol. 5

Nie machnął jednak ręką na raporty, których zgodnie nie podpisaliśmy. Raz, bo hiszpańskiego nie rozszyfrowaliśmy, dwa, ze stwierdziliśmy, iż angielski to wierutne bzdury. Niestety musieliśmy w ciągu 5 dni odwiedzić Malagę. Malagi nie mogliśmy odwiedzić, bo samochód nie mógł być zarejestrowany w Hiszpanii, a i sprawa z ubezpieczeniem nie była do końca wyjaśniona. Nie wspominając już o tym, ze szelma Victor miał ogromna frajdę mówiąc, ze nie potrzebujemy tłumacza, bo oni tam po polsku mówią. Tak. Nie. Taki żarcik.

Taki klimat

Victor dal nam numer komory, żebyśmy jak najszybciej podali mu adres pocztowy (nie mamy, co za szczęście), a jego wąsaci koledzy (mówiłam już, że zjechali się chyba w sześciu trzema furami?) patrzyli tylko spod byka.

Ten rok był zdecydowanie bardziej zielony niż wiekszość poprzednich (wypalonych słońcem) lat


Ok, po może 2 godzinach byliśmy wolni. Zrobiliśmy zakupy, wróciliśmy do domu, próbując nie spotkać Victora. I wszystko byłoby ok, gdybyśmy nie musieli już więcej używać tej drogi. Jednak jeśli chcecie gdziekolwiek dojechać, musicie jechać przez rondo. Na którym chętnie stoi Victor. No nic, ta opowieść mogłaby się ciągnąć godzinami, wiec skracamy. W sobotę decyzja była podjęta: musimy wynająć samochód. Przez neta się nie udało (musielibyśmy czekać nie wiadomo ile na potwierdzenie), wiec wybraliśmy się w drogę do Malagi. W letnich ciuchach. Z cieniuteńkim szalem, który miał mnie chronić przed słońcem. Zeszliśmy do drogi (inaczej nie dostaniesz się do miasta) i złapaliśmy stopa, bo nie widział mi się spacer po serpentynach bez pobocza. Miły Duńczyk zawiózł nas pod sam przystanek, autobus podjechał szybko. Jesteśmy w Maladze. Auta… drogie. Jedziemy na lotnisko. Na lotnisku tanio, ale jak przychodzi do płacenia – drogo. Ok, bukujemy przez neta. Musimy czekać do 23, ale zaoszczędzimy kokosy, idziemy na piwo. Punkt 23 odbieramy samochód. Albo prawie. Pani chce zabezpieczenia na karcie kredytowej – no pewnie. No problem. Karta nie idzie, wyczerpaliśmy limit (ustawiony jeszcze za studenckich czasów). Zonk. O 24 zamykają, pani z Visy mówi przez telefon, że maja problemy techniczne, więc limitu nie zmieni (wydajemy kokosy na połączenia telefoniczne do Szwajcarii). Kilka minut przed 24 pani z wypożyczalni lituje się i prosi strażnika, żeby wpuścił nas do hali przylotów. 2-3 godziny obchodzimy wszystkie wypożyczalnie. Biorą Maestro, ale nie szwajcarskie. Biorą wszystkie karty płatnicze, ale nie Maestro. Biorą kartę kredytową. Tylko. (Co nie byłoby problemem, ale zapłaciliśmy już online, wiec limit zjechał na zero przecinek zero). Biorą gotówkę, ale z zabezpieczeniem na karcie. Itd.


Nasz ekskluzywny widok na Morze Śródziemne

W ostateczności… śpimy na lotnisku. Jest zimno, okropnie, próbujemy się okryć moim letnik szalem. W międzyczasie próbujemy dodzwonić się wszędzie, gdzie się da. Wydajemy kolejne fortuny na automaty (kasa na komórkach już się skończyła). Czekam na odpowiedz od Visy rano – awaria może potrwać do poniedziałku.

Coś się zbiera!

Ok, wracamy. Pierwszym autobusem do Malagi. W Maladze czekamy 2 godziny na autobus do Torrox, bo nie jeździ normalnie. Jest niedziela. W barze przy dworcu oglądamy wschód słońca i raczymy się najpyszniejszymi na świecie chocolade con churros (polecam ten bar!!!).

Hacjenda 


W Torrox idziemy do Niemca-zdziercy i bierzemy najgorszy samochód świata. Za gotówkę. Dużą. Wracamy do domu i najpierw nie mam ochoty na nic. Ale chociaż widoki ładne.

Fura wynajęta cudem, która jednak cudem motoryzacji nie była

Nasza fura! (Nie, nie jestem w ciąży, po prostu tak mi się stanęło i wypięło ;))

Konkurs!!!!! Jeszcze kilka dni!

Cabo de Gata


Wena mi uciekła. Zwiała, schowała się jak Philippa telefon, który już od tygodnia ukrywa się gdzieś w domu. I nawet Święty Antoni nie działa, ani na zgubioną wenę, ani na zgubiony telefon. 
Co z tym zrobić? Najlepiej zignorować. Telefon kiedyś się znajdzie, a wena przyjdzie w najmniej spodziewanym momencie, trzeba tylko dać jej szansę. Co też właśnie robię. 

Pewnie już wiecie, że bey wytchnienia marzymy o dalekich wyprawach, a jednocześnie jakaś niezwykła siła ciągnie nas do Andaluzji na kilka tygodni. Co roku. Dziwnym trafem Cabo de Gata nigdy nie było na naszej liście zainteresowań. Aż do tego września... i całe szczęście.

Startowaliśmy jak zwykle z okolic Nerja, która leży kilkadziesiąt kilometrów na wschód od Malagi. Już podczas jazdy wybrzeżem wiemy, że było warto. Gdzie indziej zobaczymy miasteczka wyglądające jak stworzone przez moją siostrę w Simsach? I skąd wiedzielibyśmy, że na wybrzeżu są miejsca jeszcze bardziej wypalone słońcem niż nasze okolice Malagi? I że możiwe jest rozsianie wśród wzgórz jeszcze większej ilości szpetnych namiotów uprawowych?

Zapraszam na wyprawę!

Poniższe miasteczko zaczarowało nas doszczętnie. Teraz, kilka miesięcy później, patrzę na zdjęcia bez specjalnych emocji, jednak pamiętam jeszcze ten moment, gdy je zobaczyłam. Pierwsza myśl: Agata stworzyła je w Simsach. Zaplanowane w każdym szczególe, nawet leżaki wyglądają jak postawione pod linijkę. Nie wspominając nawet o łódkach i grzecznie rosnących drzewkach, z których żadne nie znalazło się na swoim miejscu przez przypadek. I trochę szkoda, że nawet nie mogę powiedzieć Wam, jak to miasteczko się nazywa. Na otarcie łez - kilka zdjęć. 

Andalucia

Andalucia

Andalucia

Kolejna przerwa w drodze i kolejna sesja. Krajobraz coraz bardziej surowy, góry praktycznie łyse, bez śladu roślinności, za to usiane milionem namiotów uprawowych. To zmora Andaluzji, są po prostu wszędzie gdzie wzrok sięga. Jednak tutaj, w okolicach Almerii jest ich szczególnie dużo, bowiem Almeria (wym. Almerija) to jeden z największych obszarów upraw pod osłonami na świecie. I to powiedział internet, nie ja!
Na poniższym zdjęciu, prócz niekończących się namiotów zobaczycie też nasz wehikuł. Znienawidzony, paskudny, okropny, tani wehikuł. Nie mieliśmy w planie jego wynajęcia i tylko i wyłacznie spotkanie z przemiłym Victorem z hiszpańskiej Guardii Civil, a potem noc spędzona na lotnisku zmusiły nas do zapoznania się bliżej z tym małym wrakiem. Ale to temat na inną opowieść, na pewno jeszcze ją przeczytacie!

Andalucia

Andalucia

FLAMINGI. FLAMINGI. FLAMINGI.
Zwariowałam prawie z radości. Flamingi to dla mnie ptaki, które występują w kreskówkach, na Animal Planet czy gdzieś przy ujściu Nilu. Ale w Hiszpanii? W Andaluzji? Nieeee.

Andalucia

Andalucia

Andalucia

Cabo de Gata od 1987 roku cieszy się szczególną ochroną jako park krajobrazowy (od 1997 to rezerwat biosfery UNESCO). Żadnych betonowych hoteli, żadnej ingerencji w naturę, żadnych dźwigów. Tylko wiatr, wypalona ziemia, niezliczone namioty uprawne i miasteczka, które walczą z nieprzyjazną naturą i upływającym czasem, nie zawsze skutecznie...

Andalucia

Andalucia

Andalucia

Andalucia

Andalucia

W Cabo de Gata na opady deszczu możecie liczyć tylko 25 dni w roku. Nie muszę chyba wspominać, że nie są one zbyt obfite? Krajobraz i roślinność w tym południowo-wschodnim skrawku Hiszpanii mocno przypomina obrzeża Sahary.

Andalucia

Andalucia

Andalucia

Andalucia

Andalucia

W Cabo de Gata spędziliśmy zdecydowanie za mało czasu. Wyjechaliśmy dosyć późno z domu i nie zdecydowaliśmy się na spontaniczny nocleg. Dzień zakończyliśmy na plaży w rybackim Las Negras, które powoli, powoli otwiera się na turystykę. Wsłuchani w szum fal i wiatru (który duł niestrudzenie) delektowaliśmy się przepysznymi rybami i owocami morza w barze widocznym na poniższym zdjęciu. Założę się, że panowie akurat łowili naszą kolację, bo była pyszna i niesmowicie świeża.
Pod kolorowymi parasolkami siedzieliśmy jeszcze długo po zachodzie słońca i wszystko byłoby ok, gdyby nie czekające na nas 200 kilometrów (ponad!) drogi powrotnej. Ale... i tak się opłacało!

Andalucia

Andalucia

Prawdziwe oblicze Costa del Sol



Port w Maladze

Pamiętacie mój ostatni wpis o andaluzyjskich wioskach? Poruszyłam w nim kwestię Costa del Sol - urlopowego regionu Hiszpanii. Jednak tylko to tylko czubek góry lodowej, a wpis miał na celu przede wszystkim ukazanie piękna leniwego życia w wiosce zapomnianej przez resztę świata. Jednak już od dłuższego czasu chciałam pokazać Wam, jak to jest naprawdę z tą Costa del Sol. Czy jest to mekka urlopowców all inclusive, czy jednak ma coś więcej do zaoferowania niż drinki z palemką i niemiecką prasę serwowaną z angielskim cydrem? Abyście przed kliknięciem "kup teraz" przy ofercie last minute świadomie mogli podjąć decyzję i zdecydować, jak i gdzie chcecie spędzić swój wolny czas, napisałam, jak ja widzę Costa del Sol. A uwierzcie, że wystarczy kilka kilometrów w jedną czy drugą stronę i albo wylądujecie w niebie... albo w piekle. Zapraszam do przeczytania. 

Costa del Sol - piekło czy raj na ziemi?


Port w Maladze

Przy okazji przypominam, że macie jeszcze tylko dwa dni, aby wziąć udział w konkursie rozdrożowo-bezdrożowym. Prace są tak różne, jak Wy sami, sprawia mi ogromną radość uchylanie rąbka tajemnicy i sprawdzanie, co Wam w duszy gra ;) Czekamy na kolejne zdjęcia, do wygrania świetne książki podróżnicze!



Port w Maladze

Miejsce, w którym każdy kamień ma swoją historię


Witajcie, w tę piękną wiosenną środę... (a nie, Wy już macie śnieg - nie fair!!!). Ale tym bardziej może Wam spodobać się dzisiejszy wpis, pełen andaluzyjskiego słońca. Autorką jest Magdalena Kowalska (zajrzyjcie na jej bloga http://kreatywnieoswiecie.wordpress.com/!). Jeśli i Wy chcecie napisać reportaż z podróży, pokazać Wasze ukochane miejsce czy przygotować jeszcze coś innego związanego z tematyką bloga - napiszcie na k.bewicz@gmail.com. Może ktoś nieblogujący chciałby pokazać swój artykuł szerszej publiczności? Dajcie znać, a teraz oddaję głos Magdzie!


Europejskie miasto z arabską duszą, w którym godzinami można spacerować wąskimi ulicami, szukając ochłody w cieniu białych domów. W lecie wszyscy narzekają na ciężkie do zniesienia temperatury, a w zimie oczy cieszy widok błękitnego nieba oraz drzewek pomarańczowych uginających się pod ciężarem dojrzewających owoców. Dodatkowo to właśnie tutaj znajduje się przedziwna budowla o nazwie Mezqiuta (nazwa po polsku oznacza meczet), w której obecnie mieści się katedra.


Zapraszam na spacer po magicznej Kordobie, nazywanej również miastem filozofów oraz trzech kultur: chrześcijańskiej, judaistycznej i islamskiej. 


Cordoba

Historyczne centrum to Judería, jednocześnie jest to najbardziej malownicza i klimatyczna dzielnica. W to miejsce możemy się dostać praktycznie z każdej strony, jednak moja ulubiona droga prowadzi przez Most Rzymski, z którego rozpościera się przepiękny widok.


Most Rzymski (Puente Romano)
Most Rzymski (Puente Romano)

Po przemieszczeniu się na drugi brzeg rzeki Gwadalkiwir i przejściu pod łukiem triumfalnym znajdujemy się wprost pod Mezqiutą, otoczoną grubym murem z charakterystycznymi arabskimi zdobieniami, za którym kryje się dziedziniec z drzewkami pomarańczowymi oraz wejście do świątyni.


Widok z dziedzińca Mezquity
Widok z dziedzińca Mezquity
Po przekroczeniu progu kościoła zostajemy otuleni półmrokiem, który poprzecinany jest setkami kolumn, a pośrodku tego architektonicznego lasu znajduje się katedra rzymskokatolicka. Pomieszanie różnych stylów widoczne jest na każdym kroku. Wrażenie robi z pewnością ogrom budowli, której nie sposób ogarnąć jednym spojrzeniem.


Wnętrze Mezquity
Wnętrze Mezquity

Wnętrze Mezquity
Wnętrze Mezquity

Wnętrze Mezquity
Wnętrze Mezquity

Kolejne miejsce, które trzeba zobaczyć, to Alcázar de los Reyes Cristianos, czyli Zamek Królów Chrześcijańskich, który początkowo pełnił funkcję siedziby władców, później jego pomieszczenia przejęła inkwizycja,a następnie stworzono w tym miejscu więzienie. Obecnie stanowi atrakcję dla zwiedzających.

Panorama miasta z wieży Alkazaru
Panorama miasta z wieży Alkazaru

Widok na ogrody z wieży Alkazaru
Widok na ogrody z wieży Alkazaru

Otoczony jest wspaniałymi ogrodami, których integralny element oprócz roślinności stanowią różnego rodzaju zbiorniki wodne oraz fontanny. Odpoczynek wśród relaksującego szumu wody i spokojnej zieleni zdecydowanie jest przyjemny. Chwila wytchnienia pozwoli nam zebrać siły na dalsze zwiedzanie.

Alcazar


Po odwiedzeniu dwóch najważniejszych zabytków Kordoby nie pozostaje nic innego jak rozpoczęcie spaceru po labiryncie wąskich uliczek, przy których znajdują się domy, niektóre z nich mają barwnie ozdobione fasady znaczną ilością doniczek z kwiatami. Po drodze możemy wstąpić do synagogi, która obecnie świeci pustkami. Składa się z koratarza i pomieszczenia modlitewnego, w którym jedyne co pozostało to zdobienia na ścianach. Kiedyś pełniło ważne funkcje, było miejscem spotkań, aktualnie ludzie, którzy je odwiedzają, niestety robią to automatycznie, bezrefleksyjnie, wchodzą pośpiesznie, aby w takim samym tempie za kilka chwil je opuścić. Przykry to trochę widok.

Kordoba

Kordoba

Kordoba

Pozwólmy sobie na odrobinę szaleństwa i kierujmy się wiedzeni intuicją i chwilowym impulsem, a nie trasą wytyczoną przez mapę. Zgubić się w takim miejscu, to naprawdę czysta przyjemność, dodatkowo można natrafić na bardzo ciekawe zakątki, a po plan sięgnijmy w momencie, gdy zechcemy zakończyć nas spacer, pomoże z pewnością wrócić do celu.
Jeśli planujemy wizytę w Andaluzji w maju, to Kordoba zdecydowanie powinna znaleźć się na mapie naszego wyjazdu, bowiem, to właśnie w tym okresie odbywa się tutaj bajecznie kolorowy Festiwal Patiów, które w tym czasie "toną" w roślinnych dekoracjach. 

Budynek przy Plaza de las Tendillas


Jeśli chcecie dalej poznawać Andaluzję oczami Magdy, zaglądajcie na jej bloga. A żeby być na bieżąco, polubcie profil na fejsuniu, o tu: https://www.facebook.com/KreatywnieOSwiecie