A na Rigi Kulm jest tak!
Podróżujemy nie aby uciec od życia, tylko aby życie nie uciekło z nas.
Przeczytałam to zdanie i muszę podpisać się pod nim obiema rękami. Niektórzy mówią, że podróże są ucieczką od rzeczywistości. Od płacenia rachunków, zmywania garów, przyszywania guzików, czy chodzenia do pracy. Dla mnie to właśnie podróże, blog, miłość, wieczór przy ognisku, fotografia, rolowanie sushi i wiele innych są rzeczywistością. Cała reszta to obowiązki i środki do celu, nie ugotujesz - nie zjesz, nie zarobisz - nie wydasz. Ale żeby nazwać to życiem? No weź!
Jeśli chodzi o podróże, nie muszą wcale trwać miesiącami. Ani tygodniami. Wystarczy wyjść z domu, pójść w inną niż zwykle stronę, zgubić się w zaułkach i podziwiać. Taki na przykład wpis z zuryskiej Langstrasse powstał wieczorem, po pracy, gdy zamiast jak zwykle wsiąść w tramwaj, poszłam po prostu przed siebie. Zmeczenie ustąpiło prawie natychmiast, zastąpiło je zaciekawienie. Byłam na wakacjach! Kraj, w którym mieszkam, miasto, w którym pracuję, a wszystko całkiem nowe i nieznane.
Albo w weekend. Odkąd mam bilet roczny (kupiony za cenę, która przyprawia o zawrót główy) jeżdżę co tydzień. Pociągami, autobusami, statkami(!), a nawet kolejkami zębatymi i linowymi. Bajka! Jeżdżę sama, bo koszty dla potencjalnego towarzysza byłyby nieziemskie. Do tego moje plany są mocno nieokreślone. Zwykle dopiero na 1-2 godzin przed wyjazdem podejmuję ostateczną decyzję, dokąd się wybiorę, a i tak z pociągu wysiadam przed czasem albo wsiadam na statek zamiast do autobusu. Całe szczęście, że wybieram się sama.
Skłamałabym, gdybym twierdziła, że wszystkie kolejki linowe i zębate są darmowe w ramach abonamentu. Aaaale te na Rigi Kulm są! Zwykłym pociągiem dojechałam do Arth-Goldau i tam przesiadłam się do Rigi Bahn - kolejki zębatej, która miała zawieźć mnie na szczyt Rigi. Podróż trwała około 40 minut, a widoki stawały się coraz piękniejsze. Niewielkie wodospady, jary, migocące tafle jezior, pola, lasy i góry. Robienie zdjęć nie należało, do łatwych, siedzenie wbijało się pod kolana (stromy podjazd!), kolejka poruszała się dosyć szybko, a widoki zasłaniały drzewa.
A potem... cisza. Pomijając azjatyckich turystów, którym musiałam pstryknąć kilka zdjęć do albumu. I pewną starszą Polkę, która nie mogła przeżyć, że "no zobacz, dzieciakowi nawet rajstopek nie założyli!". Jednak kawałek dalej, na samym szczycie, mogłam w pełni podziwiać grę mgły, gór, jezior i światła próbującego przebić się przez chmury. Patrzeć z góry i dziwić się, jaki świat jest piękny. Dać smagać się wiatrowi i porwać niemyśleniu. I zjeść jajko z bułeczką, zestaw, który najlepiej smakuje w okolicach 2000 (w tym wypadku 1798) m n.p.m.
Rigi to masyw górski znajdujący się między Jeziorem Czterech Kantonów, jeziorem Zug i Lauerzersee (kto zna polską nazwę?) w centralnej Szwajcarii. Najwyższy szczyt to właśnie Rigi Kulm, na którym byłam. W drogę powrotną wsiadłam w wagonik do Vitznau, jednak po rozmowie z pracownikiem kolejek wysiadłam na stacji Rigi Kaltbach i mrożącą krew w żyłach kolejką linową zjechałam do Weggis, nad Jezioro Czterech Kantonów. Jednak o tym... w następnym wpisie. Teraz zapraszam do podziwiania widoków z drogi na Rigi Kulm i z samego szczytu.


















