Genua z moich snów
Genua to miasto, które przez większość z nas kojarzone jest z Krzysztofem Kolumbem. Ten dalekomorski port nie był jednak miejscem, z którego wyżej wspomniany wyruszył w swoją wielką wyprawę (było to Palos de la Frontera w andaluzyjskiej prowincji Huelva, niedaleko portugalskiej granicy). Genua to miejsce, w którym (najprawdopodobniej, bo istnieje mnóstwo teorii) Kolumb przyszedł na świat i wychował się.
Mimo tego, to nie Palos de la Frontera, a właśnie Genua przychodzi mi na myśl, gdy myślę o dalekich, niebezpiecznych wyprawach. O odkrywaniu nowych światów, zdobywaniu nowych obszarów wpływów. O walkach z piratami i nieobliczalną naturą.
Już w czasach starożytnych Genua była jednym z ważnych punktów przeładunkowych, również dzisiaj należy do najaktywniejszych portów Europy, a do jej brzegów codziennie przybijają wielkie frachtowce i jeszcze większe wycieczkowce.
Genuę odwiedziliśmy podczas spontanicznej sierpniowej wyprawy do Ligurii. Nasza grupka miała liczyć 4 osoby, w ostateczności pojechaliśmy dwoma samochodami w siódemkę (z południa Szwajcarii, nie z Polski ;)). Mieliśmy 4 dni, łącznie z dojazdem, szukaniem miejsca, w którym się zatrzymamy, poszukiwaniem campingu, rozkładaniem namiotów, drogą powrotną itd., itp. Ja miałam oprócz tego wielki plan. Mediolan, Cinque Terre, Genua. Zwiedzić, zejść w tą i wewtą, poznać od podszewki. Do tego kąpać się ile wlezie w morzu, objadać włoskimi specjałami i czytać. I gadać. I bawić się całe noce. Czy Wy też uważacie, że jestem szalona?
Na szczęście ekipie udało się wybić mi z głowy Mediolan (odbiłam sobie w listopadzie!) i zamiast pchać się do nieznanego miasta, próbować szukać parkingu i zwiedzać na wariata, pojechaliśmy prosto do Ligurii i udaliśmy się na poszukiwanie campingu. Nie było tak łatwo, jak mogłoby się wydawać, ale tą opowieść już pewnie znacie! Bez sensu więc, żebym opowiadała wszystko od początku, ale musicie wiedzieć: w pierwszy wieczór przesadziliśmy z radosnym pluskaniem i nocnym balowaniem na plaży, co większość z nas przepłaciła przeziębieniem. Mimo tego udało mi się wyciągnąć sporą część grupy do Cinque Terre. Wróciliśmy zmęczeni i jeszcze bardziej chorzy. Ale było warto!
W sobotę wyglądaliśmy już jak zgraja zombie, jednak ja bez wytchnienia urabiałam grupę na wyjazd do Genui. W końcu wyruszyliśmy. 2 najbardziej chore osoby zostały na kampingu, a dla nas rozpoczęła się komedia pomyłek. Walka ze strajkującą nawigacją, kilkukilometrowy spacer pod mostem, na który wysłał nas przyjazny taksówkarz zakończony murem i zamknięta na cztery spusty bramą. Powrót do punktu wyjścia i kluczenie w poszukiwaniu centrum. Rozczarowanie ofertą kulinarną po kolejnych poszukiwaniach, tym razem czegoś jadalnego. I rozczarowanie, że do domu Kolumba nawet nie dotarłam. I ból nóg po tylu niepotrzebnych kilometrach. I zazdrość, że pozostawieni na kampingu spędzili wspaniałe, odpreżające popołudnie.
Ale mimo wszystko, zostały zdjęcia, które z chęcia co rusz przeglądamy. I radość, że jednak tą wyśnioną Genuę udało się odwiedzić. I wspomnienia z wielokilometrowego marszu. I żarty z Agaty, która za wszelką cenę chciała zmusić Łukasza do posypania pizzy parmezanem. I ten wieczór, który spędziliśmy już wszyscy razem w kampingowej restauracji z zimnym piwem i przepyszną włoską kuchnią.
Rany, to był wyjazd! I chociaż nie dowiecie się z tego wpisu, co, gdzie i jak w Genui, macie szansę przejść się po tym mieście naszymi drogami i zobaczyć ten kawałeczek, który dane było nam zobaczyć. Enjoy!
Mam słabość do portów. Chyba w poprzednim wcieleniu byłam marynarzem :)
OdpowiedzUsuńJa tez! Dlatego mnie do tej Genui tak ciagnelo... Chociaz wyobrazalam ja sobie bardziej romantycznie i nie tak nowoczesnie ;)
UsuńJejku aż mi się ciepło na sercu zrobiło. Prześlicznie!
OdpowiedzUsuńCiesze sie bardzo!!! :))))
UsuńDziekuje :)))
OdpowiedzUsuń(I Genua tez dziekuje :))
To całkiem sporo udało Wam się zobaczyć w tej Genui. Ja chyba najlepiej wspominam mieszkanie na starym mieście. Spalam tam jak niemowlę. Taki mroczno zagadkowy klimat tam panuje.
OdpowiedzUsuńNo troche sie udalo, chociaz przez milego taksowkarza przeszlismy kilka dodatkowych kilometrow, do tego glod i chorobska, daj spokoj ;)
UsuńMasz racje, z jednej strony. Z drugiej, oczekiwalam troche wiecej tej portowej atmosfery, a bylo troche zbyt nowoczesnie, ta wielopasmowka byla za blisko... no i mam niedosyt, bo jednak mozna bylo zobaczyc wiecej ;)
Zdjęcia boskie! O mamo, muszę do Genuy pojechać!
OdpowiedzUsuńHahah, dziekuje pieknie! I ciesze sie, ze moje zdjecia Cie do tego miasta przekonaly ;)
UsuńOd razu czuć to południe... Barwy pomarańczu i czerwieni. I jeszcze te palmy... Tak usiąść w ich cieniu i podziwiać ten port marząc o dalekich wyprawach. Ooo tak :)
OdpowiedzUsuńAle to pieknie napisalas :))
UsuńTez bym tak chciala... zamiast tego lecielismy z wywieszonym jezorem i chorobskiem przez miasto :D
Genua powinna być zadowolona, że tak ładnie wyszła na Twoich zdjęciach :)
OdpowiedzUsuńNie przepadam za dużymi miastami. :-(
OdpowiedzUsuńChociaż po Twojej prezentacji Genui (nigdy nie byłem) sądzę, że jednak coś bym znalazł interesującego w tym sporym mieście. Kiedyś na pewno zajrzę do Genui.
Piękne zdjęcia!
Pzdr.
Nigdy nie chcialabym mieszkac w duzym miescie, ale lubie je odwiedzac. Dziekuje za komplement!
UsuńCo nie? Szczesciara!
OdpowiedzUsuńKasiu, wspaniałych, rodzinnych, pełnych miłości Świąt Bożego Narodzenia! Chciałam je tu dla Ciebie zostawić :)
OdpowiedzUsuńOj troche spoznione, ale bardzo szczere! Wszystkiego dobrego w Nowym Roku :*
UsuńMi sie Krzysztof Kolumb kojarzy wlasnie z Palos de la Frontiera, a dokladnie z La Rabida, tam go wlasnie widzialam po raz ostatni :) NIc, ze drewniany. Warta byla Twoja Genua calego zachodu, na zdjeciach wyglada pieknie i przyjaznie.
OdpowiedzUsuńA no widzisz, mi sie nie kojarzyl, bo nie widzialam :)
UsuńCiesze sie bardzo, ze sie oplacilo (tez teraz z checia ogladam te zdjecia).